Stroeheim’s Weblog

październik 20, 2009

jak Zdzisław okularów nie przecierał

Tak wyglądało przez ostatnie miesiące, że zamarłem, ne? Nawet królewny nie były zdolne nakłonić mnie do podniesienia leniwego dupska, koślawych paluchów i wyklepania czegoś więcej niż 4 linijki tekstu z jednym obrazkiem.

Tłumaczyć nie podołam, i nie zamierzam. Powiedzmy sobie, iż zapadłem się w grobie, w przekonaniu  o nieposiadaniu kompetencji i talentów do komentowania. Ale, ale – przesz nie ma tak, żebym myśleć przestał a czytać nie chciał.

Tradycyjnie  podniecenie wywołał goszczony często na łamach “Rzepy” niejaki Zdzisław K., profesór wszechnic krajowych i zagranicznych. Ów Zdzisław regularnie mnie zabawia i rozbawia, na równi z redaktorem Semką, Pospieszalskim i tym krzyżowcem w okularach, jak jemu dali na chrzcie….o! Terlikowskim Tomaszem [btw sprawdził kto jego korzeń, bo sporo tych na - ski to pierwotnie miało końcówkę -baum?].

Kiepski żart z Terlikowskim? A pewnie, ale brałem przykład z prof. Krasnodębskiego, z jego bogatego językowo i emocjonalnie tekst. Żeby było śmieszniej – do pisania nakłoniło mnie jedno zdanie, zadziałało ono jak ostroga wbita w bok świni zwisłouchej :

”Jeśli w ostatnich latach powstały w Polsce jakieś instytucje modernizujące kraj bez dotacji i zachęty ze strony UE, to były nimi IPN i CBA “.

Aż mnie zatchnęło, i myślałem, że zadusi. Chyba przez ostatnie lata albo byłem poddawany działaniu silnych środków halucynogennych, albo pan Zdzisław urzęduje w równoległej rzeczywistości.

Oczywiście, z zupełnym zrozumieniem przyjmuję istnienie w kraju milionów ludzi, którzy całkowicie nie zgadzają się z moimi poglądami. Z takim samym zrozumieniem postrzegam miłośników PiSowskiego projektu dekonstrukcji-rekonstrukcji. Ich istnienie nie jest przecież obarczone wymogiem mojej osobistej akceptacji. Co jednak nie oznacza, że przychylam się do ich tez,, diagnoz i metod – w żaden z możliwych sposobów. Ale istnieją, i tyle.

[Sam czasami pijam wódkę z chrześcijańskim komunistą, socjalistą, oraz z postendekiem - jeszcze nikt nikomu oka widelcem nie wykłuł].

Jednakowoż w całej tej mozaice postaw i światopoglądów istnieje pewna grupa, być może niezbyt liczebna, lecz wpływowa swoimi możliwościami kreowania opinii. Tak się składa, że są to w większości prawaccy publicyści polityczni, i/lub dziennikarze, oraz stadko intelektualistów o podobnej proweniencji i poglądach.

Większość z nich można łatwo zidentyfikować po kilku jednocześnie występujących cechach: silnej niechęci do obecnego układu władzy, graniczącej z obsesją; skłonnością do egzageracji w ocenie, wnioskach i komentarzach; trwałej tęsknocie do ”wspaniałych czasów rządów odrodzenia” Jarosława K. Oraz ostatniej, najmocniej rzucającej się w oczy [nomen omen] – wszyscy co do sztuczki maszerują przez kraj w zaparowanych, zapaćkanych okularach, nawet ci ze zdrowym wzrokiem.

Kto kiedykolwiek miał takie okulary na nosie, wie jak świat widać: można pomylić słonia z koniem, a okno z drzwiami, zaś wszystkie kobiety są piękne, mądre i seksowne [ ;) ].

Pan profesór wybitnie spełnia wszelkie wymienione kryteria, dorzucając od siebie swoje idiosynkrazje: obecnie znów Polska to kraj bananowy, pełznący na czworaka przez historię i politykę, psujący się jak stara pasztetowa. Od głowy się psująca, bo głowy te wyrastają z określonego korzenia, i zastąpiły inne, zacniejsze głowy poprzednie – szlachetną sylwetę Jarosława, senatorskie oblicze Andrzeja L. i aryjską postać Romana G. – ludzi o znanej reputacji. Zgodnie z teorią niejakiej Kopernik o wypieraniu pieniądza.

Pan profesor też ciągle wypiera ze swojej świadomości to i owo, młynkując nieustannie tymi samymi argumentami w ciągle zmieniajacych się warunkach.

Najmocniej rozbawia mnie jeden, który przewija się przez większość jego publicystki: o marności wykształcenia młodych Polaków wielu roczników, nabywający pseudowykształcenie w pseudoszkołach wyższych, będących finalnie pseudowykształconą inteligencją. Nawet swego czasu ruszyło mnie to mocno, na skraj pisania… ale odpuściłem. Bo i co ja mam panu Zdzisławowi rzec? Że tak działa prawo podaży i popytu na wolnym rynku usług edukacyjnych, a wyniki tego procesu weryfikuje rynek pracy? Można nie poważać wszystkich dyplomów niepaństwowych ale za chińskiego boga nie plułbym na studentów i absolwentów tylko dlatego, że dyplom mają z niepaństwowego uniwersytetu. Co nigdy nie jest tożsame z jakością najwyższą, panie profesór.

Wracając do istoty problemu – nie sposób odpowiedzieć czy odpisać panu prof. Krasnodębskiemu w całości, i w szczególności. Z bardzo prostego powodu – każdy mniej lub bardzie wypaczony argument z jego tekstu musiałby być skontrowany dokładnym, przeciwstawnym i/lub wyjaśniającym akapitem. Nikt z tych nieszczęsnych Czytelników, którzy tutaj czasem zaglądają, nie zdzierży takiej polemiki i publicystyki.

Istotne jest jedno – teza o upadku państwa polskiego po upadku rządu Kaczyńskiego [piękny rym, w sam raz dla Semki albo Wildsteina].

Gdyby liczyć na amnezję opinii publicznej, to tak – taka teza jest uprawniona. Ale chyba nie odnotowano epidemii takiej amnezji więc po co takie wysiłki? Przekonać przekonanych? Utwierdzić utwierdzonych?

Prawackie mantry zmierzają w skutkach do jednego – do ugruntowania pewnego pakietu przekonań w jednej grupie wyborców, wyborców PiS-u, że tamte dwa lata to był okres heroiczny, okres wspaniałych i chwalebnych wysiłków zmierzających do wyrzgnięcia rozpalonym żelazem sprawiedliwości wszelkich zgnilizn tego kraju. I że klęska tego projektu i jego twórców to efekt spisku mediów, frontu sięgającego do postkomuchów po liberalizujących chrześcijan, z chłopskim kwiatkiem po środku. Że ”myśmy dobrze chcieli, a oni zdrową tkankę narodu otumanili”.

To przekonanie zawiera całą ideologię tego obozu – co potwierdził swego czasu klasyk Kurski stwierdzeniem że “ciemny lud to kupi” – naród jako całość jest mało kumaty, a bardzo podatny na manipulację. I tylko boli, że nasza manipulacja była gorsza od manipulacji tamtych, co wygrali wybory i teraz rządzą. Bo media, wiadomo.

Oczywiście musi tutaj swoje miejsce znaleźć i mantra o Michniku. Facet ma niebywałego pecha – wszystko, co spieprzą prawaccy politycy i publicyści, to efekt istnienia jednego Michnika. Jak on musi nieustannie czkać, kiedy wszyscy tak go wspominają.

Nie zastanawiał się nigdy pan profesor uniwerystetów licznych, że to może naród jako całość wykazał się większą roztropnością i mądrością, niż on sam i całego jego grono ideologiczne?

Że dla ludzi nie do zniesienia była permanentna wojna na szczytach i dołach, kiedy już nikt nie mógł się zorientować, która krucjata jest aktualna, który wybór jest prawidłowy, czyje deklaracje mają pokrycie w faktach? Że nie nieustanna ideologiczna wojna jest celem życia statystycznego Polaka, tylko jego własne życie? A o jakości tego życia decyduje sposób, w jaki władza jest sprawowana i medialnie i realnie.

Jeśli dowodem na modernizacje kraju ma być istnienie IPN-u i CBA to dziękuje, ja postoję. A jakież skutki tej modernizacji odczuwają Polacy teraz? Jaki jest dorobek tychże instytucji na polu unowocześnienia państwa jako struktury?

Korupcja zwalczana? Żart, wystarczy porównać statystki pracy policji na tym polu i samego CBA. Wątpliwej jakości sprawa Sawickiej wiosny nie czyni. A pana Lipca to kto mianował a potem skasował? Leppera? Kornatowskiego? Kaczmarka? Może Tusk i ferajna?

Próba mówienia, że istnieje afera stoczniowa, hazardowa to traktowanie konsumenta wiadomości jak przeżuwacza trawy. Czytałem stenogramy. I jak na razie nic z nich nie wynika, poza faktem, że Polacy przeklinają. Bo materiał dowodowy z tego żaden.

Pętał się tam koło stoczni handlarz bronią? Ach straszne… a jak leciał do Gruzji z ministrem prezydenckim ten sam handlarz, sprawdzony przez koordynatora Wannę, to był dobry i niestraszny? Zapach miał miły?

Istotą waszego trwania medialnego i istnienia publicznego jest przekonanie, że kraj znajduje się na krawędzi upadku – bo nie wy nim rządzicie. Nie wy decydujecie, kogo należy zamykać, podsłuchiwać, nagrywać itp. I kiedy efekty tego ujawniać.  To dla was jest oznaką modernizacji – zmodernizowane mordodzierżenie. Sprawienie, że stan podejrzliwości to stan naturalny, stan zagrożenia to stan aktualny.

Bo do was ma należeć decyzja, kiedy naród klaszcze, a kiedy maszeruje. Kogo kocha, a kogo nienawidzi.

W żaden sposób nie można mnie wstawić w wasze ramki wartościujące, w żaden sposób nie jestem statystycznym miłośnikiem i wyborcą Platformy. Gdyby ktoś 5 lat temu powiedziałby mi, że będę ze szczękościskiem głosował na PO, kazałbym mu odstawić leki które bierze, albo przestać brać te halucynogeny i zmienić dilera.

Ale głosowałem, bo już głowa i dupa bolała od rządów Kaczyńskiego i okolicy. Bo nic z tego, co w posagu gospodarka i los wam dał, wykorzystać wam się nie udało. Dla was gospodarka to mało ciekawe pole do popisu – z prostego powodu: jesteście nieukami ekonomicznymi, nie ogarniacie tej materii ni w ząb, nie wzbuda ona w was żadnego zaciekawienia. No chyba, że trzeba poszukać kolejnego układu działającego wam wbrew.

Dla was ta materia w żaden sposób nie jest związana z losami państwa i społeczeństwa, wy jej nie dostrzegacie jak dzieci podczas zabaw nie widzą potwora, kiedy schowają głowę pod poduszkę. Potwór przestaje istnieć.

Dla was modernizacja to rządy ideologiczne, skupione na budowaniu nowego człowieka. Portfel tego nowego człowieka was kompletnie nie interesuje, bo jak wiadomo ”jeśli ktoś ma pieniądze, to skądś je ma”.

Wam się marzy władza całkowita, totalna, władza na umysłem, bo w swojej wizji świata wierzycie w triumf wizji ideologicznej nad materią rzeczywistości. Byli już tacy w przeszłości, i nie raz jeszcze przyjdą w przyszłości. Zawsze z opłakanym skutkiem dla rządzonych. Ale co tam lud i jego losy! Ważne są umysły ludu. Je trzeba zdobyć i pokonać.

I jakże wy teraz macie się odnaleźć, kiedy lud was już nie kocha? Musie trwać i gdakać o upadku państwa, o marności polityki, o słabości władzy. Bo przecież kłamstwo powtórzone tysiąc razy stanie się prawdą. Dla was celem nie jest modernizacja jako synonim państwa wydolniejszego, mniej bezwładnego, mniej wszechogarniającego rzeczywistość.

Dla was celem jest goła władza, to działa na was jak największy afrodyzjak. Nie wizje skutków tej władzy, nie możliwość skupienia sił na celach realnych, namacalnych dla każdego statystycznego mieszkańca tego kraju – sama władza jest celem. Po jej osiągnięciu głupiejecie jak pies zerwany z łańcucha, by potem rzucać się od ściany do ściany w konwulsjach pomysłów i projektów.

I w żaden sposób nie staracie się pojąć, co leżało realnie u podstaw kolejnej porażki. Bo wtedy macie komfort obrażenia się na wyborców i ich wolę zrealizowaną jedną kartką i jednym długopisem.

Osobiście wolę kryzys Tuska niż tłuste lata Kaczyńskiego. Bo ten pierwszy daje szansę, że może coś konstruktywnego na kryzysie wystawi w tym kraiku. Ten drugi pozostawił tłustą krowę samopas i skupił się na szukaniu innych pastuchów, co podobno kradli kartofle z ogniska.

I w żaden sposób obrażaniem się na innych nie odbierzecie im prawa do decydowania o kraju i o swoim losie jako jednostki.

Radzę częściej przecierać okulary, panie Krasnodębski. Bo kiedyś potkniesz się pan na prostej drodze, pobijesz szkła, porysujesz twarz i znów winna będzie Platforma Obywatelska, Michnik i “Szkło kontaktowe”.

załzawione 15

Zaszufladkowany do: Kulturnyje, cHumor, telewizja — Stroeheim @ 10:16 am
Tags: , ,

Oskara za rolę żeńską, męską i za dźwięk:

październik 12, 2009

krwawe 14

Co by nie się nie zdawało, żem ‘yntelektualysta’ i nieustannie jeno ideyom żyję – dziś upolowane 500 stron o równie ciekawych ludziach co Giedroyć czy Hertzowie ;)

Czego to człowiek nie dostanie za pół euro

BadGuys

październik 6, 2009

13 w podskokach

Zaszufladkowany do: Kulturnyje, ideologia, polityka — Stroeheim @ 11:01 am
Tags: , , ,

A mawiają niektórzy, że 13 to jakieś pechowe albo co:

1

październik 2, 2009

gorzkie 12

Zaszufladkowany do: duszoszczypatielnyje — Stroeheim @ 7:59 pm
Tags: , ,

To takie dziwne… siedzieć i patrzeć, jak kolejno znikają. I pozostaje tylko pewność, że teraz wypełzną wszelkie szumowiny i szmaty, i plwać będą, i charkać spod opłucnej, machając przy tym swoim polskokatolickim proporczykiem…. już kurwy mentalne na forach leją szambo.

Panie Edelman, szerokiej drogi.

wrzesień 29, 2008

Uprzejmię informujemy iż…

Korzystam z dobrodziejstwa Sieci i postępu technologicznego w zarabianiu codziennego chlebka i masełka, a czasem nawet ekstrwagancji  w postaci lizaka.

Korzystanie to jest dla mnie wygodne z wielu rozmaitych powodów, z których niebagatelnym jest możliwość uniknięcia kontaktu fizycznego z ”ludziem” – niestety, mam fobię i nie zniosę większej ilości ludzi wokół siebie…. zresztą o paradoksie bo wszystkie dotychczasowe firmy mnie zatrudniające opierały się na najszerszym jak tylko możliwie kontakcie z ”ludziem”.

Ale nie o ludziach i fobiach społecznych dzisiaj sobie chciałek popisać. Dziś o polskim kapytalyzmie, rynku usług i niezmiennych jak lodowiec urzędnikach korespondujących z petentem.

Moje zarobkowanie via kabel wymaga częstego ekspediowania produktów poprzez rozmaitych spedytorów, najczęściej jest to ”wspaniała” Poczta Polska. Instytucja o charakterze mutanta po elefantiasis.

Morze łez wylano, hektolitry atramentu wypisano, i tysiące kilowatów zostało zużytych na rozmaitych forach dyskusyjnych celem opisania niegodziwości i gównianej jakości usług świadczonych przez państwową pocztę. Omówienia wzmagają się okresowo – w sytuacjach pogwiazdkowych i wtedy, kiedy najemnicy-pismacy muszą chlasnąć szybko jakiś artykuł o ”bulwersujących powszechnie zjawiskach w sferze publicznej”.

Więc i ja nie odkryję tutaj Indii Zachodnich ani Przejścia Północno-Zachodniego, wypisując na PP rozmaite inwektywy i charcząc jadem.I nawet nie idzie mi o pisanie o powszechnym dla tego organizmu bezwładzie, głupocie decydentów, bezradności państwa jako właściciela itp. itd.

Dziś będzie jak gadał dziad do obrazu a obraz nie chciał gadać po ludzku.

Czas jakiś wstecz ekspediowałem w drugi koniec Wolski towar trudny w transporcie bo szklaną taflę wraz dodatkami – całość w jednostkowym egzemplarzu, nawet bym zaryzykował, że ”junik” to było. Nabiedziłem się ja niemało nad skonstruowaniem solidnego opakowania – albowiem azaliż standardowe dostępne za ch.. nie pasowały do gabarytów. Ustabilizowałem całość, opakowałem w papyr, dodatkowo poopieprzałem wielkimi napisami “Szkło! Ostrożnie” i nadałem via PP płacąc dodatkowo za opcję ”ostrożnie” aby wszyscy pracownicy wiedzieli iż nie należy kopać ani rzucać po ścianach moją paczuszką.

Oczywiście mogłem sobie w dupe [ nawet własną ] wsadzić owe pisanie, owe opłaty ekstra itp. Nie takie orły i sokoły tam pracują, w tej naszej kochanej poczcie. Sam nie wiem – napierdalali tym po busie? wsadzili na same dno wózka w sortowni (któren to wózek ma udźwig 200kg)? a może wkurwiony listonosz sflekował paczuszkę jak zobaczył co i dokąd ma dowieźć? Nie odgadnę tego, jest to słodką tajemnicą wielu pracowników PP zaangażowanych w zniszczenie przesyłki.

Ale żeby to koniec opowieści – docelowy listonosz nie przekazał paczki do rąk własnych adresata, jeno zostawił ją u sąsiada ! Jak tak, to za każdym gównem zostawiają awizo w skrzynce, trzeba latać na placówkę, stać w kolejce, żeby potem dostać jakiś jeden cieniutki koperciak !

A tu nie! Tu listonosz poszedł na honor i powiedział sobie: “a nie, na Swaroga! na Trygława – dostarczę ci ja ów pakunek za cenę trudów wszelkich!” lecz zapewne w trakcie ekspedycji napadli go zbójcy źli i musiał w okolicy adresata paczuchę klepnąć.

Adresat po czasie paczkę zabrał, otworzył i znalazł szczątki tego szkła. I trochę kabelków i tyle  po zapłaconym ”junik” przedmiocie. Skontaktował się ze mną, słusznie wkurwiony, zapytał co dalej i zasugerował zwrot wpłaconej kaski [ co i tak mnie czeka].

Nie mieszkając poczłapałem na placówkę pocztową celem złożenia reklamacji na nienależyte wykonanie usługi i zniszczenie wartościowego przedmiotu. Reklamacja złożona, pozostało nie sypać piachu w tryby administracyjnej maszyny różnicowej i czekać – tego mnie już realia wolskie nauczyły.

Nadmienię iż placówka realizująca reklamację i jej dyrektor są ode mnie oddaleni w linii prostej mierzącej 35 kilometrów – na piechotę można zawędrować, jeśli ktoś lubi sporty ekstremalne.

Po tygodniu dostaję pismo ”Odpowiedź na reklamację” gdzie uprzejmy dyrektor oddziału oznajmia mi, iż wspomniana rzeczowo przesyłka została dostarczona pod wskazany adres, co potwierdził odbierający sąsiad  jak i podczas procesu reklamacyjnego potwierdził ponownie sam adresat.

Pięknie! Ale ja się pytam dlaczegoście to potłukli w drobny, kurwa jego szarpana w nać, mak ?! Ja wiem, że wspomniana paczuszka dotarła do adresata. Bo od niego wiem, żeście ją skasowali.

Co jest irytujące w całości? Ja o słupie a oni o strupie. I jeszcze uprzejmie informują iż mam 14 dni na odwołanie się! Kurwa, ja wiem że mam dwa tygodnie ! Bo nie pierwszy raz składam u was reklamacje! Ale pierwszy raz olano mnie tak ewidentnie, i bezczelnie: pobrano dodatkową opłatę za odpowiednie traktowanie przesyłki po czym traktowano jak pustak albo worek kartofli.

Oczywizda że skorzystam z tej opcji i odwołam się do wyższej instancji. Nie omieszkam również obrobić tyłków wszystkim odpowiedzialnym za zdarzenie. Choć wiem, że nikogo niczego ta sprawa  nie nauczy. Taka lekka donkiszoteria.

I proszę nie doradzać skorzystania z usług operatora prywatnego – mam takiego u siebie i w żaden sposób nie jest konkurencyjny ani cenowo ani jakością usług.

Cierpi więc ma dusza liberała – państwowe jest syfiaste bo jest właśnie państwowe, zaś prywatne jest byle jakie i zdaje się traktować klienta jak natrętnego męczydupę.

Podejrzewam iż cały problem z PP polega na jej strukturze właścicielskiej – jak to w Polsce bywa ”państwowe” oznacza ”niczyje” ergo ”kradniemy i cyckamy ile wlezie”. Stać pocztę na wydawanie za 20 milionów rocznie pisemka ”Pocztowiec”, gdzie zarząd i rada spółeczki wydającej liczyła 3krotnie więcej niż zatrudnieni szeregowi pracownicy. Nie wnikam nawet w merytoryczną zawartość pisma – bo co ma wspólnego z pracą pocztowców opis poświęcenia sztandaru albo relacja z kolejnej pielgrzymi branżowej?

Rakowaty przerost kadry “zarządzającej” [sprzeczność sama w sobie] w stosunku do liniowych pracowników to każdy miał okazję sprawdzić na własnej skórze, jeśli tylko był zmuszony skorzystać z usług PP. I zapowiadają prezesi zwolnienia, podobno na 15 tysiąca ludzi.

Jaszka. Wypieprzy się zwykłych okienkowych, ale pozostawi wszelki dyrektorów, kierowników, zastępców, wszystkich pasożytów z dwoma lewymi rączkami do roboty.

I tak sobie myślę: dżizas! Przy tym poziomie rozwoju handlu sieciowego, takich wzrostach co roku o kilkanaście procent – rezygnować z jakości usług, w sytuacji bycia monopolistą na rynku?! Przecież nie wszystkie książki i ubrania ludzie wyślą kurierem, nie wszędzie można kuriera zamówić za rozsądną cenę.

I, za przeproszeniem, położyć chuj na takie źródło dochodów?! To dla mnie jest niepojęte. Niezrozumiałe. Głupie.

Pewnie poczekam jeszcze jakieś dwa-trzy tygodnie na odpowiedź na moją odpowiedź. Po czym i tak stracę na całym wydarzeniu, bo będę zmuszony zwrócić klientowi wydane pieniądze, zaś PP nie zwróci mi ani zeta. Znów się wkurze do białości a potem mi przejdzie i strzelę kolejną notkę o ”wolskim kapytalyzmie”.

Ale teraz to mam to w dupie bo od dwóch dni schodzi mi piasek z nerek i zajęty jestem rodzeniem. Odradzam. Stanowczo każdemu odradzam.

październik 16, 2008

Nuda wirtualnej realności

Zaszufladkowany do: jesień polska, z czapy — Stroeheim @ 7:30 pm

Pozostawanie poza obiegiem ”mendialnej rzeczywistości” bywa czasami bardzo zabawne. Zwłaszcza jak obserwuje się ludzkie reakcje na informacje, które elektryzowały cały świat mniej lub bardziej pisząco-czytający [przynajmniej ten polski grajdoł].

Wybacz, Mimblo kochana, ale muszę użyć Twojego przykładu do zilustrowania tezy. Zero złośliwości, wszystko z miłości ;D.

Wolszczan zdawał się zajmować 3/4 światka dziennikarskiego [wraz z tabunem forumowych mędrków i zawodowych oceniaczy podkreskowych]. Szuja czy nie szuja, uwikłany czy świadomy, szkodził czy tylko nie przeszkadzał, gdzie ta szynka eksportowa i ile koniaków dostał, a co ja robiłem wtedy, jakżeśmy ze śwagrem ‘’solidarność” zakładali, ja panie uczciwy człowiek jestem, ale takiej mendzie to bym…. i tak przez dni kilka.

W sposób błyskawiczny wykrystalizował się podział jasny i oczywisty: ‘’salon” i ”elyty zdradzieckie” [no wiecie, to co to przy OS Nasz zdradziły, naród katolicki i prawy...] bronić astronoma poczęły, zaś rycerze prawości i prawdy, z licami promieniującymi szlachetnością jak łuna nad Czernobylem [czyli kohorta Rzepy wespół z posiłkami z jIPełeNu] twardo stała przy sztandarach honoru i prawdy, piersią osłaniając szańce przyzwoitości.

Skutek jaki? Ano taki, jaki znamy od lat. Tamci od ‘’salonu” tak półgębkiem tylko bronili i nie obronili, zaś Stronnictwo Prawdy, Co Nas Wyzwoli świętowało pognębienie kolejnego agenta, ubeka i w ogóle. Zwłaszcza, jak kto inny dostał Nobla z fizyki.

Wątpić śmiem, czy miał szanse na Nobla w tym roku. Jakoś tak jest, że w tych dziedzinach młyny noblowskie mielą powoli – co dobrze widać po tegorocznych zwycięzcach. Może za lat kilka, może za lat 10 – a i w to wątpię. Przełom odkrycia Wolszczana pozostaje i tak niedookreślony: udowodnił istnienie pozasolarnych układów planetarnych, ale to jakoś tak nijak, bo tylko to pośrednio wynika z dowodów matematycznych. Żadnych zdjęć, żadnych wpływających na wyobraźnię wizji prabłotka ewolucyjnie bełczącego pod słonkiem obcym.

Jakieś takie zimne to. No E.T., no news, no fun.

Ale my – czyli tubylcy wolscy – jak już dochodziło do gadania o wybitnych naukowcach, to cięgiem Wolszczan i Wolszczan, bo przeca i Maryśka nie żyje… i właściwie koniec nobli naukowych dla słowian wiślańskich. [Btw. o Paczyńskim mało się mówiło, bo to takie trudne, to soczewkowanie grawitacyjne, i jakieś takie. A skoro nie żyje biedny to tym bardziej].

Jednak ten Nobel to tak nam serca kołysał potencją swoją, szansą błyszczał. I wtedy ”przypadkiem” teczuszki się ”odnalazły”.

Oczywiście gówno wybiło. Rektor UMK był tak zasadniczy i oficjalny, że nie widział Wolszczana już w Toruniu, a i zapewne w Piwnicach podtoruńskich także. Skalał gniazdo on własne, ten ptak – to do gara jego! Won!

I tak się to kręciło: uczelnia była niezwykle porządna i szlachetna, takich ”ludziów” nie tolerując, Rzepowi publicyści naprzemiennie puchli z oburzenia i nie kryli radości z kolejnych placówek, co to odrzucają ”kapusia” [raptem Max Planck Inst. sobie odmówił... problem w tym, że Wolszczan tam się nie napracował, bo nie pracował - ale nic to, sukces jest!]. “Salon” rozpaczał nad stratą talentu profesora i utraconymi korzyściami potencjalnymi, naukowymi i dydaktycznymi, o Noblu nie wspominając.

Chyba z tydzień tak to kipiało, gniło, bulgotało, ustępując jeno miejsca ”kryzysowi światowemu” i kolejnemu pedofilowi schwytanemu dzięki czujności obywatelskiej.

Wniosek nasuwał się prosty: sprawa jest poważna i ważna, i każdy poważny i ważny powinien zająć stanowisko [nawet ja je zająłem, owo stanowisko ;]. Njus jest przeogromny, a doniosłość jego na skalę nomem omen kosmiczą.

Njuuus!

Dziś rozmawiam z Mimblą, i nagle okazuje się iż to dla Niej nowość i temat całkowicie zaskakujący. Nie zarejestrowała. Ani kropli, ani zdania z tego tygodniowego festiwalu wolszczanianów. Pełne zaskoczenie. I zadziwienie. I jeszcze bardziej zaskakujące [ z racji wieku, nie inteligencji ;D] stwierdzenie, że wtedy niemal wszyscy jakoś byli uwikłani w system i jego kanalizację.

Dla niezorientowanych: Mimbla nie żyje w Puszczy Białowieskiej i nie zajmuje się dokarmianiem żubrów na zimę. Nie mieszka w chacie z łuczywem i strzechą krytej, gdzie do najbliższego człeka jest 15 klików . Mimbla żyje twardymi realiami, w mieście potężnem i starem, ma stałe łącze z kosmosem i po dziurki w nosie jest zanurzona w zatokach i oceanach sieci [czasem podejrzewam ją o posiadanie trwałego wszczepu z transferem na poziomie 10 Tbit/s... ale sprawdziłem: nie ma ]. W ciągu dnia spotyka więcej ludzi niż ja spotykam przez cały tydzień [ i kto tu żyje w dziczy? lol].

A jednak nie zarejestrowała. Tak ”ważnego” zdarzenia nie zarejestrowała.

Sumując.

To, co dostajemy via papier i obraz i bity – to gówno przemielone z sieczką. To wyobrażenia o realności a nie realność. To przecedzone i odcedzone chęci dziennikarzy, dziennikarzyn i hien dziennikarskich. Ich fantazje, onanizmy zdarzeniowe, rakowata tkanka rzeczywistości.

Tak, jak z Wolszczanem, tak jest ze wszystkim: z alimentami Perona i Wezyra, z ”kryzysem światowym”, z konfliktem Donald vs. Memlotek, z tabunami pedofilnych spisków itp. itd. Już nawet nie poza dziennikarska, że ”dostarczamy Państwu najświeższe wiadomości” – tylko dzikie manipulowanie każdą, najbardziej gównianą informacją, byle tylko nastraszyć i stumanić telewizyjno-sieciowych przeżuwaczy.

I każdemu chyba trzeba takiej Mimbli, jak moja [wybacz zaimek ;] – to dobrze robi na kontakt z realnością. Bo to, co rzekomo jest wiadomością, tak naprawdę jest tytułową nudą wirtualnej realności – żeby tylko zatrzymać nas, konsumentów, przy portalu, kanale telewizyjnym czy gazecie. Nudne bełtanie patykiem w stercie kompostowych wieści, żeby tylko mocniej parowała, żeby żerujące robaczki mocniej się kręciły.

Prochu ci ja nie wymyśliłem tym postem. Wiem to dobrze. Ale jak to miło, dostrzec taki brud pazłotka na tej koronie z mikołajkowej przedszkolnej zabawy.

[Mimbla łeb mi urwie za ten tekst cały].

Narta.

październik 30, 2008

Dyskretne trzaskanie drzwiami

Jestem świeżo po artykule o niejakim Nitschke. Dzisiejszy ”Przekrój” dał o nim nawet niezgorszy artykulik, choć jak na moją manierę to zbyt wiele zdjęć tam powsadzali.

Nie macie takiego wrażenia, że ”webowatość” wkracza w tradycyjne, analogowe gazety? Ja wiem, iż wspomniany ”Przekrój” to jest tygodnik ilustrowany – przynajmniej w czasach peerelowsko-krakowskich tak stało na okładce. Ale również mam plugawe podejrzenie, że tak jest również dla wygody panów Redachtorów – no po jaki fiut trzaskać ileś tam linijek, łomotać szpaltę albo nawet dwie? Skoro istnieje ryzyko odrzucenia przez ”współczesnego czytelnika”? Tylko, karwa siwa, ja nie jestem ten ”współczesny” tylko tamten dawnoprzekrojowy czytelnik. Tak, tak, choć metryka może zadawać pozorny kłam mym słowom – ale z ”Przekrojem” jestem akurat od jakiści 20-22 lat.

W głębokiej Wolsce Ludowej moja babka kupowała co tydzień ”Przekrój” i czytała od ostatniej do 1 strony. Kto zna/znał układ gazety, to wie że miało to sens. Paradoks Wolski Ludowej – kobieta z klasy robotniczej, bez pełnego wykształcenia (bo turysta Adolf wraz z wesołą kompanią utrudnił realizację), kupowała całe swoje dorosłe życie gazetę dla ”ynteligencji”. Chętnie bym spotkał niejakiego Bronka W. i zapytał o opinię jego na ten temat i objaśnienie memu chamskiemu mózgowi czy było to dobre czy złe postępowanie. I bez względu na opinię tegoż Bronka pewnie bym mu zasadził kopa w dupę [Makowski niech się tłumaczy za mnie].

Kurza nać. Ot, daj los baranowi pole to zacznie biegać. Moja polonistka w ogólniaku zawsze na mnie pomstowała za rozwlekłość i dygresyjność: nie umiałem jak człowiek napisać wypracowania na 3-4 strony tylko od razu sadzałem kartofla na stron kilkanaście. Od czasów tych szczęsnych upłynęła ponad dekada a ja nadal mam to skrzywienie.

Do początku. Nitschke i jego szkolenia.

Nie będę wam streszczał, kto on i co dokładnie robi, bo i tak sami wygrzebiecie. I nie będę pomstował na niego, choć peanu na cześć jego nie wystawię tutaj. Sam się człowiek broni, tym co czyni i co czyni dobrze.

Chodzi mi o inną refleksję, natury bardziej filozoficzno-społeczno-polityczno-politycznej.

Praktycznie w każdym kraju pomoc w samobójstwie jest karalna – chyba tylko Szwajcaria raczy traktować swoich obywateli i gości jak dorosłych i samodzielnych ludzi, a nie jak stado przedszkolaków w parku. Każde państwo, które wyciera sobie wszystkie możliwe kąty i otwory demokracją i oraz prawami człowieka, nie znosi złamania monopolu na czas życia swoich obywateli.

Państwo może nas wpędzić do grobu kretyńskimi przepisami, debilnymi podatkami, poczuciem misji, niechęcią do sąsiada państwowego, niechęcia do niesąsiada państwowego – każąc nam wymaszerować w pole z kawałkiem stalowej rury wypchanej materiałami wybuchowymi albo wsadza nas do rozmaitych pojazdów z takimiż rurami po bokach/z przodu/z tyłu itd. itp. To dla naszego dobra pozwala nam stracić kończyny albo flaki wraz z okolicą i umrzeć z miłością do ojczyzny na ustach/w paszporcie czy gdzie tam.

Państwo może zmarnować nam cały nasz zafajdany los – bo uważa, że w imię wolności i demokracji i praw człowieka i srutututu może to robić i musi to robić.

Jeśli natomiast życie jako takie da nam w dupę, w sposób rozmaity  ciekawą a nieuleczalną chorobą tak ciała jak i umysłu, to wtedy NIE. Mamy trwać na posterunku naszej zgnilizny gnijącej coraz mocniej. Mam trwać w naszym Łesterplate czy innych Termopijach – silni, zwarci i gotowi na dalsze gnicie.

Nie możemy zdecydować, że to już wystarczy, że mamy tego zestawu ponad poziom wykreślony osobiście. A skoro sami nie możemy zdzierżyć i musi nam ktoś pomóc – no to kurwa już nic a nic nam nie wolno. Gorzej – ten dobry człowiek który zechce przeżyć kilka kilo strachu to zbój i złoczyńca i przestępca. I ciupasem jego w kazamaty !!

Państwo decyduje o tym, co możemy robić a czego nie. Po części zgadzamy się na to, otrzymując w ramach zgody pewne, drobne lub większe, korzyści. I cieszymy się że jesteśmy samodzielni. Jak idioci w lesie.

Jednak w takich sytuacjach okazuje się, że nie mam prawa do jednej, najważniejszej kwestii: nie mamy prawa do własnego losu i życia. Nie wolno nam podjąć decyzji czy pożyjemy sobie jeszcze czy już starczy.

Oczywiście możemy gustownie gdzieś się obwiesić, ukradkiem na jakim strychu. Albo utopić, albo kicnąć pod trejn linii Berlin-Moskwa czy co tam do głowy przyjdzie.

Jak możemy się ruszać.

Jak nie możemy – to ”walczymy” dalej. Twardo – bo tak chcą lekaże. Rodzina. Kapłan. Państwo.

Religie, szczególnie te monoteistyczne, bardzo nie lubią koncepcji samodzielnej decyzji o śmierci. To takie ordynarne podważanie omnipotencji konkretnehgo boga – jakże może ten jego obraz i dzieło sam tak zamachnąć się na ”boski cud”? Jakże to omnipotentnego boga ośmieszyć, wykazać jego słabość i bezsiłę  samodzielnie psując taki misterny plan?

Te bardziej ambitne intelektualnie odłamy religijne dostawiły koncepcję wolnej woli, która zezwala na taki krok – po to, by zarazem podkreślić iż czyn taki to grzech, złamanie praw boskich i ludzkich, podszept ducha złego itd. Czyli wszystko cacy i gra; możemy to zrobić bo mamy wolną wolę ale tak realnie to nie wynika to z owej ale z podszeptu przeciwnika boga danego.

I jak by człowiek nie szył i nie krajał – to zawsze spod tej przykrótkiej kołderki wyłazi jak głodomorskie dziecko widmo ciągłej kontroli nad ludzkim truchłem. Kontroli teologicznej, religijnej, prawnej, społecznej.

Nie ma co zaprzeczać: w społeczeństwach takich jak nasze, wolskie – przekształcających się z kopaczy kartofli w półprofesjonalistów – na każdego, kto podejmie taką właśnie decyzję spada swoiste odium niechęci ukrytej w komentarzach. Słynne podmurowe chowanie przez ostatnich 8 wieków zrobiło swoje – człowiek, który w swojej tragedii zdecydował się na krok ostateczny to ”zdrajca”, łamiący tabu szaleniec.

Zawsze mnie śmieszy, jak słyszę rozmaitych popiardywaczy głoszących teksty o ”cywilizacji łacińskiej, grecko-rzymskich fudamentach naszego świata”. A zarazem gdybyście zapytali ich, czy są za dobrowolną i świadomą eutanazja to by się zatchnęli ze świętego oburzenia. Nie wolno!! Nie i już! ”Bo Adolf Hitler, bo endlosung…” itd.  A Rzymianom i Grekom jakoś to nie wadziło.

Po ludzku mówiąc: nie jesteś człowieku właścicelem samego siebie. Nigdy. A zwłaszcza jeśli idzie o twe życie i twoją śmierć. Nigdy.

Nawet jak umierasz tak, jak chcesz, to tylko ich złościsz – no jakże można tak trzaskać cicho drzwiami? Przecież tak się nie robi!

Panie Nitschke: nie przyjeżdżaj pan do Wolski. Nie warto. Nikt tego, co pan głosi, nie pojmie, nie pogodzi się z tym, a o akceptacji to pan możesz zapomnieć. Nie w kraju jedynego Polaka, co po wodzie chodził. Jasne, ty obmierzły nihilistyczny zgniłku liberalny?! No!

A tak bardziej serio. Dzięki panie Nitschke za informacje i znak pańskiego istnienia. Może się kiedyś przydać.

Ale teraz jest miło i dobrze, ”przeyntelygencka” kobieta towarzyszy w mej peregrynacji przez błoto tego świata, czyniąc mnie mądrzejszym i pogodniejszym malkontenckim cynikiem  – nie skorzystam. Weź pan, panie Nitschke pokombinuj może, co by tu zrobić by to trwało i trwało.

listopad 2, 2008

Kułak wiecznie żywy

Definicja:

Kułak – stosowane w Związku Sowieckim określenie właściciela lub użytkownika dużego gospodarstwa rolnego, zatrudniającego najemną siłę roboczą. [...] Znaczenie słowa było wyraźnie pejoratywne, propagowało obraz kułaka jako wyzyskiwacza chłopa oraz wroga proletriatu i całej klasy pracującej.” – za Wikipedią.

Oprócz kułaków znano jeszcze średniaków [ni pies ni wydra] oraz biedniaków [wszystko jasne].

Kułacy byli regularnie łomotani w dupę, pierwszy raz w wojnie o kłosy, potem tuż przed NEP-em, potem zaś bat’ka Stalin ścisnął Związek Republik Radosnych swoim stalowym kułakiem [nomem omen] i po kułakach jeno echo brzmiało.

Część naukowców, zwłaszcza sowietologów amerykańskich określa termin ”kułak” fikcją ontologiczną, nie mającą swego realnego odbicia w strukturach społeczno-gospodarczych na wsi rosyjskiej. Podzielam takie założenie.

W Polsce walczono z ”kułactwem” w ramach reformy rolnej po nastaniu Nowego Porządku – pradziadka mi rozkułaczyli skutecznie, gówno im zostało z ziemi. Miał pradziad pecha i dorobił się przed wojną 2gą ponad 20 mórg ziemi własnych oraz dzierżawy licznej – rozkułaczyli go skutecznie.

Fakty:

1. Agencja Nieruchomości Rolnych – agenda rządowa, zarządzając państwowym zasobem ziemi uprawnej – 2,4 miliona hektarów [pozostałości po dawnych PGR-ach i innych formach państwowej własności ziemi; po dawnem PRL-u], pozbywająca się owej poprzez sprzedaż i dzierżawę długoterminową [obecnie 1,8 miliona hektarów z całego zasobu]. Następczyni prawna Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa.

Wzrost zatrudnienia w okresie 2004-2008 : z 4 tysięcy do 11 tysięcy. Budżet na rok obecny 138 mln pln.

Prezes wraz z całym dworem – powoływani przez premiera na wniosek ministra rolnictwa.

2. Minister rolnictwa w rządzie Donaldu Peru Tusku:

- Marek Sawicki, złote dziecko PSL-u [d. ZSL-u], ambitny działacz ZMW na Podkarpaciu, pionier przekształceń własnościowych na majątku i prawach Związku, miszcz języka politycznego i riposty oraz niezrównanych bon-motów [wyprzedza go jedynie pOseł Kłopotek aka "Durnotek"], twórca reformy KRUS-u, która to reforma miała przynieść kolosalną ”oszczędność” w wysokości 40 milionów złotych [1/40 wydatków KRUS w roku przyszłym czyli ok. 0,245 % całości - mogę się mylić w obliczeniach bom kiepski w cyferkach, jak kto wie lepiej niechaj mnie poprawi].

Zagadnienie : Likwidacja Agencji Nieruchomości Rolnych.

Historia właściwa:

Przez ostatnie niemal 20 lat wpiera się obywatelom tego kraju, iż budowany/zbudowany został tutaj kapitalizm jako forma zachowań ekonomicznych i podstawa rozwiązań własnościowo-handlowych. Ogół narodu wierzy w to bezrefleksyjnie, od czasu do czasu przeżywając konwulsje przy urnach wyborczych, czego konsekwencją [konwulsji, nie wiary... chyba] jest powoływanie do władzy katolickich socjalistów narodowych w odcieniu syndykalistycznym, czyli PiS, narodowokatolickich autarkistów czyli LPR, debili ekonomicznych w kolorze czerwnej anarchistycznej machnowszczyzny czyli Samoobronę RP. Na scenie pojawiają się równiez uperfumowani socjalistyczni liberałowie katoliccy czyli PO, liberalni socjaliści z przerzutami konsupcyjnego komunizmu klasowego czyli SLD, oraz socjaliści w pasiakach łowickich, krakuskach na głowach, z sierzpami tatowymi w dłoniach czyli PSL.

Sumarycznie jak by nie patrzył [mutacje Unii Demokratycznej pomijam w rozważaniach, bowiem byli to socjaliści co sami nie wiedzieli, czego pragną, a przy okazji mieli wiele rozterek i wyrzutów sumienia], nieustannie rządzą nami socjaliści w różnych kostiumach i z rozmaitymi czerwonymi książeczkami w dłoniach. Owe książeczki mają kryć prawdę objawioną na temat naszej rzeczywistości oraz zapewnić nam dobrobyt doczesny i radość powszechną. Oficjalnie czerwone książeczki nazywane są ”programami partii” – ostatnio Napoleon polskiego parlamentaryzmy Jarosław Niski Kaczyński pisze takowy.

Wszyscy owi ojcowie i matki narodu są święcie przekonani iż wszyscy obywatele tego kraju potrzebują ich nieustannie. Potrzebują troski nad każdym swym krokiem, uwagi skupionej nad każdym naszym wyborem życiowym itp.

Oczywiście najlepszym sposobem na zaspokojenie naszych potrzeb jest produkcją gówna intelektualnego, dla niepoznaki nazywanego ”ustawami i innymi aktami prawnymi Rzeczpospolitej Polskiej”.

Zgodnie z troską ojców i matek narodu, owe ”ustawy” regulować muszą dokładnie wszystkie aspekty życia i bytu Wolaków i Wolaczek. Nieodzownym elementem owych aktów prawnych jest także cyklicznie powtarzające się odwołania do istoty najwyższej/wyższej/ wysokiej czyli bytu boskiego. W przekonaniu części mieszkańców tego terenu, bóstwo nie robi nic innego, tylko ”czuwa nad nami”.

Cechą charakteryzującą stosunki ekonomiczno-społeczne w Wolsce ma być solidaryzm społeczny – konstrukt teroetyczny z zakresu fikcji politologiczno-filozoficznej, chętnie wywoływany na światło dzienne przez obecnego pRezydenta Wolski, Lecha Brata Jarosława Kaczyńskiego. [ Zachodzi istotne podejrzenie, iż ów ''solidaryzm społeczny'' jest dawnym echem ''sprawiedliowości społecznej'', kolejnego mitu z zakresu stosunków ekonomiczno-społecznych w okresie PRL-u. ]

Dodatkowym bodźcem do podjęcia pewnych koncepcji przez min. Sawickiego jest ”trynd” w obecnym rządzie do ”oszczędzania” – co polega na ogłaszaniu kolejnych projektów i planów oszczędzania na wydatkach w administracji centralnej i nie tylko [liczy się zjedzone paluszki słone i niesłone oraz wypitą wodę mineralną gazowaną oraz kostki cukru].

Min. Sawicki postanowił pójść na całość i zaproponował nic innego jak sprzedaż całej ziemi z zasobów ANR i likwidację molocha.

Niby fajnie – cała ziemia w ręce ludu uprawiającego, urzędnicy won! a ile jeszcze w mieszku państwowym pozostanie to hohoho!.

Proponuję jednak wszystkim zachwyconym nie wykopywac słoików spod pomidorowych krzaków i nie odrywać klepek w podłodze, kryjących dziadkowe złote ruble – nie ma tak lekko i dobrze.

Orły i sokoły w ministerstwie rolnictwa pomyślały aż mnie zęby rozbolały.

Najpierw się rozwiąże wszystkie umowy dzierżawne na owe 1,8 mln ha co je teraz Agencja ma. Każdy dzierżawiący ponad 300 ha będzie musiał oddać wszystko ponad ową liczbę. Oddaj chuju bo jak nie to zobaczysz!!

Potem ogłosi się przetargi na zakup ziemi. Wystartować do nich będą mogli rolnicy i tylko rolnicy aktualnie uprawiąjący ziemię naszą karmicielkę.

Taki chłop-dzielny farmer będzie mógł kupić ziemię tylko z przetargu ogłoszonego w swojej gminie – czyli tam gdzie jest zameldowany i gdzie płaci podatki. Ziemię będzie ów chłop kochany mógł kupić za preferencyjny kredyt ofiarowany przez państwo polskie na lat 15. Ziemię kupi po cenach średniorynkowych dla danego obszaru.

Jak będzie chciał sprzedać tak kupioną ziemię – to tylko dla państwa powrotnie.

Jak nie jesteś rolnikiem ale chcesz nim zostać – nie ma bata we wsi, jak minister zrobi dziubek: musisz czekać aż nikogo chętnego na grunta nie będzie. A zapłacisz cenę rynkową – czyli maksymalną.I możesz siać tam pszenżytko i tylko pszenżytko – musisz pozostać owym farmerem do końca, swojego albo jej, tej ziemi.

Podobno zyski z tej operacji mają pójść na fundusz rekompensacyjny dla zabużan.

Podsumowanie:

Kretynizm do której potęgi, nawet nie mam zamiaru wymyślać do której.

Po raz kolejny orły z PSL-u, parti niezwykle pazernej na państwowe i cudze, próbują się bronić przed ewolucją w polskim rolnictwie. Jednocześnie zaś pragną upiec kilka własnych pieczeni i napchać mieszki do oporu.

Według min. Sawickiego ma to zapobiec:

po 1 spekulacjom na rynku ziemi rolnej,

po 2 uratować polską ziemię przed obcym farmerem [czyt. Niemcem co chciał wyruchać Ślimaka, ale Ślimak się nie dał bo wlazł do skorupy i zasłonił otwór dupy], któren wraz z Rzydem i Masonem czyhają na ziemię polską dziewiczą.

Ma to rozwiązanie również taką zaletę, iż ma ”uzdrowić stosunki własnościowe na wsi” czyli dodać pragnącym ziemi tego areału pożądanego, zabrać zaś tym , co mają sporo czyli komu?

KUŁAKOM, kurwa mać.

Ciemnoto polska, co to wierzysz w kapitalizm i wolny rynek, i wolny obrót ziemią, i wolny wybór ścieżki zawodowej, tłumaczę ja tobie za ministrem Sawickim do łba kładąc prawdę: zagrożeniem dla nas wszystkich a zwłaszcza dla kondycji polskiego rolnictwa, jest KUŁAK, obszarnik jeden, co to bezczelnie dzierżawi od państwa ziemię i zabiera ją biedniakowi i średniakowi, których stac najwyżej na kupno 2 hektarów.

To KUŁAK twym wrogiem, to on powodem twoich klęsk i niepowodzeń, rolniku polski!

Jak do tatowych 4 hektarów kupisz jeszcze dodatkowe 4 to będziesz farmer wielki i wspaniały, a przyszłość twa świetlaną! Twoja wydajność z kwintala zadziwi każdego, twoje świnie będą najdroższe [w skupie i dla konsumenta finalnego], twoje kartofle będą jak dynie.

A ty, rolniku, będziesz jak wół głupi zapierdalał na 8 hektarach i spłacał preferencyjny kredyt.I srał się przed każdym nieurodzajem, burzą, trąbą powietrzną, powodzią, wyrojem stonki itd itp.

Czyli jak od lat i wieków.

Boś był głupi i głosował na PSL.

A kułakowi się wpierdoli w imię solidaryzmu społecznego i nowej reformy rolnej im. Marka Sawickiego.

Podsumowanie niesatyryczne:

1. Pacta sunt servanda  panie minister! Dzierżawy mają terminy i okresy wypowiedzenia wraz z warunkami odszkodowawczymi. Są jeszcze w polskim prawie nakłady konieczne, ponoszone przez dzierżawcę – weź pan kodeks cywilny do ręki. Spróbujcie pogonić kułaków to pogonią nas, podatników w sądach, tak krajowych jak i unijnych.

2. Bezprawne ograniczenie swobody działaności gospodarczej oraz bezprawne ograniczenie obrotu ziemią oraz bezprawne ograniczenie w prawie do uczestnictwa w tym obrocie – leżysz pan, panie Sawicki i robisz pod siebie !

3. Powrót przypisania do ziemi chłopa polskiego – po upadku caratu i pańszczyzny oraz po Pierwszej Reformie Rolnej i Pierwszym Scalaniu Gruntów ponownie polski chłop może jedynie na zagrodzie popierdzieć wojewodzie – dalej niż płot Pawlaka nie podskoczy.

4. Do kontroli zebranych pieniędzy oraz do nadzoru wypłat pieniędzy dla poszkodowanych zabużan będzie potrzebna następna agencja, Agencja Rekompensat Historycznych Krzywd na Narodzie Polskim, i dziwnym trafem pracę znajdzie tam większość wyższego personelu obecnej ANR czyli jakieś 6 z 11 tysięcy.

5. Największe i najbardziej smakowite kąski w przetargach gminnych zakupią aktywiści i sympatycy PSL-u oraz działacze ZMW i OSP – czyli PSL-u.

Jeśli ktokolwiek – łącznie z piszącym ten tekst – miał złudzenia iż żyjemy w miarę normalnym państwie oraz rządzą nami – przynajmniej od czasu do czasu – normalni ludzie, powinni stracić takie złudzenia jakieś 11 miesięcy temu, kiedy PSL został ”kołalicjantem”.

Bowiem PSL w polskiej polityce to inteligentna odmiana szarańczy – zeżre wszystko, sama nie będąc zeżartą.

Dodatkowo potwierdza się stara, pozornie śmieszna, teza iż ”chłop potęgą jest i basta !” – na jego dobrobyt, dopłaty do skupu i produkcji oraz preferencyjnych kredytów dołożą się klasa pracująca wraz z inteligentem i biznesmenem.

Amen.

listopad 7, 2008

Chłopu gówno nie zegarek

Nie, nie będzie tym razem o ministrze Sawickim ani o reformie, lub ”reformie” rolnictwa. Gówno – nomen omen – to kogokolwiek obchodzi, nawet samych zainteresowanych, a dodatkowo z całą reformą będzie jak zwykle, czyli głośne ”prfffffff”.

Takie same, które robi siwek po zjedzeniu solidnej porcji owsa a przed zasadzenie ostrego pączucha.

Dziś popastwię się nad pajacem, który robi za ministra prezydenckiego [swoją drogą, kto to kurwa widział, żeby tych urzędasów nazywać ''ministrami''? ministrem jest członek (izwienitie, pażałujsta) rządu tworzonego przez większość parlamentarną, a panie i panowie wycierający kurze w kątach Pałacu Namiestnikowskiego są jeno urzędnikami, wynajętymi do roboty].

Duda, Andrzej Duda jemu jest. Ciekawe jak długo.

Jako człowiek trapiony notoryczną bezsennością oddawałem się wczoraj rozrywce oglądając sejm lajf z nocnego posiedzenia. W sumie było nudno, Dorn próbował wejśc Kaczorom bocznymi drzwiami, zgłaszając projekt prezydencki jako zabezpieczenie emerytów wczesno-pomostowych. Było nudno do chwili pojawienia się panaprezydenckiego ministerka – taki mały kieszonkowy podskakiwacz.

Dobrze, że mnie tefałen zrobił powtórkę, to mogłem skupić się na osobie ministerka. Rzadki to widok, zobaczyć ufryzowanego chama, podobno reprezentującego majestat państwa, w miejscu jakoby skupienie i troski o owo państwo, godnego… chuj, przecież nie idzie dalej sadzić takich zdań.

Poziomu merytorycznego wystąpienia Dudy nie było w ogóle – to, co miał do powiedzenia, można streścić w jednym zdanie ”pan prezydent mówi nie”. Reszta jego wypowiedzi była bełkotem domytego chama, chama przekonanego o własnej racji i chama pewnego poparcia ze strony innych chamów siedzących w ławach sejmowych.

Chyba nikt nie zwrócił uwagi na minę Jarosława Kłamczyńskiego podczas wystąpienia Dudy – gnój był zadowolony z siebie niezmiernie, a jeszcze bardzie był zadowolony z poziomu rynsztoka, jaki pan minister ze sobą przyciągnął na salę posiedzeń.

Patrząc na gadającego Dudę, widziałem pawiana. Wielkiego pawiana ze zwisającymi jądrami, który siadł na skale, drabie się po gołym czerwonym zadzie i wyraźnie daje do zrozumienia, że on jest górą i że on tu rządzi.

Jego genitalne traktowanie otoczenia zakłada iż kobiety/samice służą do spółkowania, produkowania kolejnych Dudów-pawianów i ogólnie robienia dobrego wrażenia/robienia miło.

Nic to, że wiceminister zajmuje się reformą emerytalną od 10 lat. Nic, że jest jednym z najwybitniejszych specjalistów od tego zagadnienia w naszej wolskiej krainie. Nic to, że zrobiła doktorat w tej materii – parę lat temu.

Według debila Dudy pani minister jest tam po to, żeby premier nie musiał się tłumaczyć. Komu i z czego, baranie prezydencki?

Kobieta przerastająca niejakiego Dudę wiedzą, kulturą osobistą i kindersztubą właśnie o jakieś 10 parseków, według tegoż Dudy była zasłoną dymną w debacie i głosowaniu nad ustawą o wcześniejszych emeryturach.

Brawo panie Duda. Jeśli wszyscy w Pałacu Namiestnikowskim są tak inteligentni i kulturalni jak pan, to gratuluję. Wasz szef, niejaki Lech Brat Jarosława, dzięki wam ma wspaniałą szansę na sukces w nadchodzących wysiłkach reelekcyjnych. Na szefa zespołu kanalarzy. Na tyle go stać.

Różne rzeczy już wypisywano na temat Kaczyńskiego z pałacu i całego jego otoczenia. Ale mało kto chyba zauważył jedno: ich instrumentalny i obcesowo-chamski stosunek do kobiet.

Te nieustające wysiłki pijarów prezydenckich, żeby wmówić opinii publicznej iż pRezydent jest szarmancki i kulturalny wobec dam/pań/kobiet są rujnowane jedną ‘’stokrotką” albo uderzeniem o mocy jednego ”dudy”.

Tylko szowinistyczne, anachroniczne samce pokroju Kaczyńskich czy ich ratlerka Dudy mogą wyobrażać sobie, że kobieta w polityce służy do niczego, jeno do ozdoby.

W przypadku PiS-u nawet tego nie ma. Jedna Natalii-Świat wiosny nie czyni. Bo chyba nie wystawiamy w tej konkurencji Rokiciny czy tej pielęgniarki rzekomo zakochanej w Jarosławie.

Piękny wiejski patriarchalizm Kaczórów i ich otoczenia prostą drogą prowadzi ich do jebnięcia o ziemię za dwa lata. Nie dlatego, że mamy  społeczeństwo mocno liberalne obyczajowo i silnie wrażliwe na polityczną poprawność [tylko w takim kraju jak Polska wicepremier mógł zadać obleśnym tonem pytanie ''czy można zgwałcić prostytutkę?''].

Dlatego, że większość Polaków jako takich nie lubi chamstwa i buty, a już chamstwa i buty skierowanych wobec słabszych, choćby była to kobieta w zaawansowanej ciąży – nie znosi organicznie. Takie resztki kultury wysokiej po II Rzeczpospolitej.

A pan, panie Duda jesteś marnym śmieciem i gównem psim na podeszwie historii politycznej tego kraju. Zostaniesz pan zapamiętany właśnie tylko z powodu dzisiejszej nocnej obory, jaką  pan zaprezentowałeś. Knajactwa i chlewu. Miałeś pan okazję zablysnąć jakimś bon-motem sejmowym, popisać się merytoryczną oceną ustawy, może błysnąć krasomówstwem.

Niestety, otworzyłeś pan otwór gębowy i wylałeś kubeł rynsztokowej cieczy, zwanej w waszych kręgach ”mową”. Miało być merytorycznie, a tak wszyscy poczuli ponownie smród PiSowskich onuc, i ujrzeli brudne zaropiałe oczka polskiego kołtuna.

Coś jeszcze na koniec: panie Duda, idź pan do jakiegoś dobrego fryzjera, bo ta pańska fryzura to obciach wizualny i estetyczny. Gdzieś pan hibernował przez ostatnie 15 lat? bo ja taki fryz to nosiłem lat temu 12. Jako młodzieniaszek głupi. Panu chyba zostało: i głupota i fryzura.

I tak radzę z dobrego serca – znajdź pan sobie jakowąś pracę po przejebanych wyborach. Bo jeśli spotkam pana na swojej drodze, to dostaniesz pan ode mnie takiego kopa w dupę, jak nigdy w życiu. Zdechniesz pan z głodu w locie koszącym, nim spadniesz na ziemię.

Bowiem do takich chamów jak pan i pański pryncypał nie przemawia siła argumentu, tylko argument siły. I chama zawsze trzeba obić po ryju – dopiero wtedy poczuje respekt i pozna swoje miejsce w szeregu.

Zaś dla pani minister respekt wspomniany i szacun: za poziom wystąpienia i za wiedzę. Pani ciąża niezbyt mnie interesuje – ostatecznie nie ja jestem jej sprawcą – natomiast interesuje mnie mocno reforma emerytalna. Bo wiem, że będę dygał przynajmniej do 65 roku życia. I że nic od państwa nie wezmę – bo i tak nic nie ma ono dla mej plugawej osoby.

Jeszcze raz: szacuneczek, pani Minister.

A dla gnojka Dudy mam jedno zdanie: ‘’so sue me, fucker!”.

Chłopu gówno nie zegarek wersja z dźwiękiem

Zaszufladkowany do: Uncategorized — Stroeheim @ 7:45 pm

Nie ruszałbym tej parującej kupy gdyby nie Mściwy Karzeł, dla niepoznaki zwany Jarosławem Kłamczyńskim: domagał się cham prymitywny przeprosin dla Fornala Prezydenckiego, dla niepoznaki zwanego Andrzeje Dudą.

To sobie gnoju jeden z drugim posłuchajcie klasyka sprzed  12 lat

I tekstu jeden z drugim, sobie posłuchajcie. Dokładnie. Już niedługo.

listopad 28, 2008

widoki z piwnicy przyjemniejszymi

Tylko masochiści i plotkarze mogliby odczuwać radość z komentowania wydarzeń krajowych i zagranicznych.
Powody takiej oceny są proste jak konstrukcja cepa: zjawiska zagraniczne są za daleko, by wpływać [pomijam sławetny ''kryzys'', który jest niczym innym jak ratowaniem własnej dupy za cudze pieniądze] na nasz kraik. Zaś krajowych komentowanie nie ma większego sensu i celu. Czemuż ach czemuż?
Ano temuż, iż każdorazowa analiza czy polityczna czy socjologiczno-politologiczna czy prawna, jest poruszaniem się po zeszłorocznym lodzie.
Dowody? Wizyta ”Woca” Lecha “A brata można?” Kaczyńskiego w województwie gruzińskim: mija niemalże tydzień a wersji wydarzeń jest więcej niż mniej, choć zasada myślenia redukcyjnego pozwalałaby osiągnąć poziom 2, maksymalnie 3 wersji.
Natomiast każdorazowe chrząknięcie w jakimkolwiek kontekście wywołuje lawinę następnych wystąpień, przemówień, zachowań. Nic w ich zaistnieniu nie byłoby dziwnego, gdyby nie skala tych zachowań, ich rozmiary emocjonalne i słowne obudowanie.
Truizmem jest powtarzanie iż ”miszczem” takich numerów jest człowiek piastujący stanowisko prezydenta.
Tak, dla mnie jest to “człowiek piastujący stanowisko prezydenta”, nie jest natomiast godny miana Prezydenta RP. Całe jego zachowanie dotychczasowe to jakaś pokraczna i zmutowana wersja starego powiedzenia ”państwo to ja”. Te nieustające próby konstruowania swoistego ”rządu na wychodźstwie”, otaczanie się ludźmi marnymi i całkowicie pozbawionymi kompetencji [vide Stasiak czy Waszczykowski], emocjonalne reagowanie na wszelką krytykę, lub opinie tylko odbiegające od obowiązujących w Pałacu Namiestnikowskim – to wszystko dyskwalifikuje tego człowieka do miana głowy państwa. To jest li jedynie polip na państwie.
Można by było to jakoś znosić, ignorować mnie lub bardziej skutecznie, gdyby nie fakt nieustannej wojny emocjonalnej toczonej tak z rządem, jak i ze znaczną częścią społeczeństwa oraz opinii publicznej. Teksty typu ”lobby prorosyjskie” pozbawiają Kaczyńskiego prawa do reprezentowania państwa i obywateli. Obrażanie się i podważanie kompetencji pracowników BOR-u poprzez komentarz o ”braku całkowitego zaufania” nie jest już nawet żałosne – to oficjalne opluwanie instytucji państwowych [ bo zawieszono za całkowitą niekompetencją totumfackiego pana Kaczyńskiego].
Ci bardziej zorientowani pamiętają doskonale żywiołową niechęć i nienawiść obu braci do Wachowskiego, skrzyżowania szarej eminencji w czasach Wałęsy z postacią szambelana i lokaja – tutaj jest to samo w wypadku Olszowca, z różnicą jednak ważną: historia powtórzyła się jako farsa.
Tedy odcinam sobie, ku zdrowotności i rozsądkowi, większość linków do wirtualnej realności tego kraju – choć robię to z trudem: nie mogę zrezygnować z myślenia o państwie jako obowiązku każdego, a zwłaszcza mnie samego.
Nie, nie z powodu pychy czy przekonania o własnych kompetencjach, lecz z pamięci nauk swoich profesorów na studiach. W ich wykładach państwo było obowiązkiem dla każdego, nie uciążliwym ciężarem, ale koniecznością funkcjonowania we wspólnocie jak najszerszej i jak najsprawniej działającej dla całości, nie dla partykularnych interesów.
Jeśli o tym zapominamy, to w konsekwencji budzimy się po pewnym czasie w przestrzeni zawłaszczonej przez jedną wizję, jedną opinię i jeden pogląd. Przestrzeni, gdzie odmienni mają dwa wyjścia: konformistyczne przystosowanie się wraz z milczącym przyzwoleniem na wszystko, lub emigrację w tereny obce.
W moim przypadku żadne z tych rozwiązań nie pasuje i nie istnieje w planie działania i życia.
Ale żeby nie oszaleć i nie zgubić się w zajmowaniu swej uwagi każdym gównem i każdym grymasem, muszę sam sobie nałożyć kaganiec, a jednocześnie zredukować siebie jako zwierzę medialno-konsumujące. Dla zdrowia.
Dlatego schodzę dosłownie do piwnicy, gdzie widoki i rzeczy są proste. Gdzie mogę spokojnie zająć się odnawianiem starych zegarowych skrzynek pana Beckera czy ludowych mebli. Gdzie działanie ma wymierny kształt i skutek.
I gdzie finalnie jest jedno z niewielu istnień, które nic nie chcą ode mnie poza spokojnym traktowaniem – kota sobie adoptowałem, piwnicznego włóczęgę. Co prawda jest to pani kotowa, więc nie mogłem się uwolnić od swoich ciągot ku płci pięknej ;D.
Jednakowoż jest tak brzydka, że aż ładna. Kły ma niczym tygrys szablastozębny: nie mieszczą się jej w pysku więc nieustannie ma niedomknięty ryjek, sprawiający wrażenie uśmiechu złośliwego. Nie miauczy nic a nic. Mruczy za to dwukrotnie głośniej niż przyjęta norma dźwięku emitowanego przez typowego kota domowego [ Felis dosmesticus ]. Całości pokracznego uroku dopełnia złamany i krzywo zrośnięty ogon.
Finiszując: w dupie mam na czas jakiś wszelkie klimaty kloaczne, nie wiadomo dlaczego w Polsce nazywane ”polityką”. Schodzę do podziemia, gdzie widoki mam przyjemniejsze dla moich krótkowzrocznych oczu: żywiczność deski meblowej, zapach odczynników i klejów oraz warkot kot spokojnie siedzącego na komodzie.
Zdrowszym widok kociego pyska z za długimi zębami niż widok pysków polskiego rynsztoka politycznego.
Zdrowia i kotów.

listopad 30, 2008

partyzantka maciczna

Zaszufladkowany do: ideologia, polityka — Stroeheim @ 7:45 pm
Tags: , ,

Historia jest już lekko przebrzmiała, bo stronę główną i uwagę naczelnego w “Dzienniku” była zajęła – czyli omówiona, oceniona i zakończona jako ”zjawisko medialne”.

Czyli teoretycznie jestem jak ten człowiek co po kwadransowym spóźnieniu wpada na zakończony koncert i zaczyna bić brawo – ale jedna rzecz nie daje mi spokoju – w sensie komentatorsko-mędzącym.

Jako człowiek obsesyjnie tropiący obecność kościelno-katolickich wtyczek w świeckość [pozorną] państwa dostrzegam w ”projekcie Gowina” ukryty cel. Podejrzliwość górą nad rzekomym rozsądkiem zatriumfowała we mnie.

Na początku muszę przyjąć pewne założenie fundamentalne: sformułowania ustawy użyte przez reporterów ”Dziennika” są prawdziwe, tzn. takie jak w projekcie. Tylko wtedy wszelkie rozważania mają sens – bazując na ustawowym założeniu twórców. A przecież wśród nich oprócz Gowina jest m.in. Zoll.

O paradoksie! Za nocy kaczyzmu Zoll uważany był za ofiarę hunwejbinów moralnej rewolucji  – i wszyscy postępowcy bronić poczęli profesora. Zwłaszcza po występach gówniarza Mularczyka [który ofiarnie udziela się na forum gazeta.pl; gustownie charcząc jadem na lewo i prawo]. I jakoś nikomu wtedy nie przeszkadzało [łącznie z piszącym] iż pan ‘profesur’ reprezentuje taki dawnokatolickoprawicowy światopogląd – ale powerniksowany a nie taki pałkarski, jak sztafety ochronne z PiS-u.

I w takich sytuacjach jak obecna – czyli pisaniu ustawy zagnieżdżonej w sferach ściśle ideologicznych, dobór twórców i doradców jest fundamentalny. Bo efekt może być różny – a zapewne będzie fundamentalistyczny.

O co mi idzie w tak przydługim wprowadzeniu – o ponowne wpisywanie pewnego widzimisię ideologicznego do aktów prawnych powszechnych. Pół biedy gdyby te ”widzimisięideolo” było taki rozmemlane i możliwe do ominięcia, przy jednoczesnym nieobrażaniu zdrowego rozsądku a zarazem wiedzy na poziomie licealnym.

Pierwsze podstawowe założenie ustawy bioetycznej brzmi”zarodek jest istotą ludzką”. I od razu szuflą w łeb. Panowie piszący ustawę wzięli do rączek kościelne encykliki “Wielkiego Polaka” [ i nie tylko jego] i znaleźli proste odpowiedzi na nieproste pytania.

Zarodek jest człowiek i  koniec, kropka. Skoro on żesz człowiek jest, to ma prawo do ochrony prawnej oraz ochrony przed śmiercią, eksperymentami czy selekcji pod rozmaitym kryterium wartościującym.

Pięknie. Czyli morula albo blastula jest człowiekiem. Pozorny definicyjny blik nic nie wnoszący do obecnego porządku prawnego. Nic a nic, prawda? A takiego, jak rurociąg “Przyjaźń” !

Skoro nasza droga blastula człowiekiem się stała, posiada wszelkie prawa przynależne człowiekowi, a wynikające z prawa krajowego, unijnego i międzynarodowego.

A tutaj nam zza rogu milcząco wyziera ustawa o przerywaniu ciąży – gdzie ten sam zarodek to tylko zarodek – nieczłowiek, ale po jakimś tam czasie człowiek. Coś z tym fantem należy uczynić.

Wiem doskonale, iż polski ustawodawca [czyli posłowie do kupy z senatorami i tym biedakiem, który udaje prezydenta kraju] ma serdecznie w dupie spójność polskiego systemy prawnego, legislacyjną konsekwencję i niesprzeczność – jeśli idzie o podatki, cła itp. [nieustające boje o wiążącą interpretację podatkową dla USów do dziś nie mają efektu].

Natomiast tutaj mogę obstawiać orzechy przeciwko juanom iż nie jest to durne, głupie niedopatrzenie i kiks językowy. No bądźmy realistami! Wśród twórców ustawy siedzi taki tuz prawniczy jak Zoll i skutkiem tego byłaby ustawa sprzeczna z inną ustawą? Dobre, tyle że nieprawdziwe.

Tu nic nie ma ze spiskowej teorii dziejów – wszyscy pracujący w tej komisji-zespole dobrze wiedzą, co robią. Gowin sposobem bycia i mówienia przypomina mi niespełnionego “księdza-ynteletkualystę krakoskieg” chowu – co to miły jest niezmiernie i gładki a w tym samym czasie za plecami trzyma imadło, którym potem będzie nas ściskał w imię miłości bliźniego.

Trzeba będzie ową niespójność w jakiś sposób zlikwidować, a przecież nikt nie zarżnie ustawy tylko co spłodzonej w bólach, pełnej i jakże  potrzebnej. Czyli panowie szlachta siądą i zmienią ustawę o przerywaniu ciąży.

Zapyta się ktoś: ale o co twój szum? Ano o to, że w imię przykościelnego dupowłaźstwa ponownie wpuści się w przestrzeń publiczną rozważania z sufitu. Ponownie będzie się opluwało innozdannych, mając jako dodatkowy sztandar i zawołanie bojowe martwego Wojtyłę w trakcie kanonizacji.

Stachanowsko-katolickim czynem na rzecz szybszego uświęcenia jednego niedawno zmarłego Polaka doszlusujemy jako państwo do awangardy moralnych gigantów kontynentu albo i kuli ziemskiej.

Z obojętnością godną lepszej sprawy traktuję gadki o żydzie chodzącym po wodzie, nieustanne święcenie tego i śmego en masse [poprzez kolejne dni wolne od pracy i życia], ciągłe wpierdalanie się biskupów i szeregowych czarnosukienkowców w rzeczywistość państwową i społeczną, toleruję smród hipokryzji zawisający szarą chmurą nad Komisją Majątkową, nad nauczaniem religii w szkołach [nauczanie ! dobre sobie - swoją drogą jest to niezły dowcip językowo-pojęciowy], nad tym i owym. Uznałem że nie ma sensu walczyć naraz, na wszystkich frontach i w każdej kwestii z takim samym zacięciem.

Ale jak rany! Jeśli mam wierzyć że 6 czy 12 komórek to człowiek to może kurwa od razu mnie zastrzelcie jako wywrotowca i napastnika religii katolickiej. Bowiem takiego debilizmu milczeniem nie zdzierżę.

Jakie pokłady schizoidalności trzeba posiadać by szczycić się np. tytułem doktora nauk humanistycznych [chyba Gowin tak ma], czyli bazujacego na dorobku nauki – a nie religii – a zarazem wierzyć iż twór kilkukomórkowy jest równoważny znaczeniowo człowiekowi 10letniemu, 20letniemu czy 60letnimu ! Jak można tak bezceremonialnie przejść do porządku dziennego nad biologią, chemią i fizyką wywyższając koncpecję powstałą 20 czy 15 wieków temu?

W co jeszcze mamy wierzyć dzięki dekretom uchwalanym przy pilnej uwadze Matki Waszej, Kościoła? Że jak się jeden żyd rodził 2 tysiące lat temu to owce i woły przeszły tkankową i fizjologiczną mutację krtani, uzyskując zdolność wydawania ludzkich dźwięków? [zwiększenia ilości i jakości tkanki mózgowej celem sensownego wykorzystania mutacji krtani to nie wspominam]. A może w zadekretowaną przez papieża w XIX w. koncepcję żywowniebowzięcia matki tegoż żyda? [ co to jest zresztą owo wniebowzięcie?]. I tak dalej i tym podobne.

Darujcie sobie, drodzy wierzący, krzyki o braku moralności w świecie pozbawionym etyki chrześcijańskiej czy też katolickiej – to taki sam mit jak wiara w chodzenie po wodzie. Etyka chrześcijańska jest po 1 wtórna do etyki ludzkiej [pewne założenia i postawy są znacznie starsze niż cała kultura judeochrześcijańska], po drugie ta sama etyka jest niezwykle selektywna, wewnątrzsprzeczna i niespójna.

Można żyć ”moralnie” nie będąc wierzącym. Ale nie da się żyć jako człowiek w państwie, gdzie jedne wierzenia są najważniejsze i podstawowe a inne są wskazane jako złe, niepotrzebne lub błędne – jeśli oprzemy je na objawieniu czy zjawisko tylko i włącznie metafizycznych.

Finiszując prostym krótkim: dzięki partyzantce nad kobiecymi macicami Kościół rączkami dyskretnymi  ”katolickich liberałów” z Platformy wywróci ów dziwaczny twór, zwany ”kompromisem aborcyjnym” i przesunie nas o krok bliżej do koncepcji konstytucyjno-ustrojowych z Polski ubiegłowiecznego dwudziestolecia międzywojennego, gdzie wszystkie religie były równe ale jedna była równiejsza.

Amen.

A na dobranoc mata coś do posłuchania

grudzień 7, 2008

… dwóch całkiem niezłych gości

Zaszufladkowany do: duszoszczypatielnyje, jesień polska, muzyka — Stroeheim @ 7:46 pm
Tags: ,

Lanegan ostatnio był na koncercie w Wolsce – razem z Isobel Campbell. Nie wiem, jak było bo mnie nie było :/ .

Ten zestaw jest lepszy – teraz Dulli razem z nim jako Gutter Twins zrobili bardzo dobry album. Kto będzie chciał to znajdzie.

Na tym koncercie najlepszy jest kontrast pomiędzy Laneganem ”przyspawanym” do mikrofony a Dullim, który ma ewidentnie ochotę lekko rozkręcić scenę na kawałki. A słychać ich niesamowicie.

Dobranoc.

grudzień 8, 2008

… jeden całkiem niezły gość

nie sądziłem, że można mnie tak trafić… a jednak – pod całym opryskliwym byciem wylazł durny dzieciak.

bywa..

jak mawia pieśniarz ”…ain’t nothing like good tomatoe..”

grudzień 9, 2008

… jedna całkiem niezła kobietka

Zaszufladkowany do: duszoszczypatielnyje, muzyka — Stroeheim @ 2:02 pm
Tags: , ,

ponieważ trwam nadal w zgorzknieniu, to sobie dogadzam teraz dźwiękowo [choć jak ktoś przytomnie zauważył, jedynie sobie dopierdalam mocniej niż dogadzam... no trudno, żebym w takim czasie słuchał jakiejś plumkającej muzyki].

dziś całkiem niezła kobietka [choć czasem jak się skubana przyodziewą okryje, to klękajcie narody...] – podobno jej występ ostatnio w stolycy był niesamowity:

dobranoc [ jak dla mnie]

apdejt.: Dalajlama wczoraj tak rzekł był do żaczków z Uniwersytetu Jagiellońskiego: “…Jeśli będziecie patrzeć z wąskiej perspektywy i szukać problemów, będzie w was coraz więcej stresu, egoizmu, a na koniec depresja. Wszyscy przychodzimy na świat spragnieni szczęśliwego życia i wszystkim przysługuje prawo do niego. Ostateczne poczucie szczęścia jest w nas”…

nie wiem… może powinni mnie wyskrobać 31 lat temu… gdzieś jest ukryty defekt

apdejt do apdejtu.: wróciłem przed chwilą z poczty [nic w tym by nie było dziwnego, bo jestem przy okienku minimum 4 razy w tygodniu po 2 razy dziennie] ale dziwne było samo zdarzenie: objebany paczkami jak muł pod Galiopoli dopadłem półki podawczej i zległem. Kobieta [kolejna nowa pracownica - co za cholera, że ich tak zmieniają] się wyprosiła z opóźnieniem, bo miała jakieś zaległe stemple czy coś tam. W normalnych okolicznościach, tj. typowych dla mnie, miałbym mocno wkurwiony wyraz twarzy, mord w oczach i powarkiwanie pod nosem.  Właściwie nie wiem, co mnie podkusiło żeby się do kobiety uśmiechać i mówić, że nie ma problemu, że sobie poczekam spokojnie itp. I tak się uśmiechaliśmy przez szkło, i realnie nigdzie mnie się nie spieszyło.

Co w tym dziwnego? A to, że ja rzadko się uśmiecham, i ogólnie noszę zamiast twarzy maskę. Szybko wpadam w złość, opierdalam grubymi słowami za opieszałość, i ogólnie uchodzę za chama i weredyka. Zwykle uczyniłbym raban, z kobiety zrobił sobie wroga, a z siebie dla niej postrach. Ku swojemu zdziwieniu nie zrobiłem tego.

I wracałem do domu, pomrukując pod nosem za panią powyżej: ” Nobody’s listening
Oh God I miss you”…

a teraz realnie dobranoc

luty 28, 2009

1,2..32.. mick check

Do poczytania. Teraz: ”Jerzy Giedroyc – Czesław Miłosz. Listy 1952-1963″. 750 stron. Orgazm. Zasysa niesamowicie. Później: “Pokrzywione drzewo człowieczeństwa” i “Rosyjscy myśliciele” Berlina. Gniecie głowę. Bardziej później, a może jeszcze dalej: “Rachunek różniczkowy i całkowy” [ha ha... wiem]. Najbardziej później [jak się da]: “Jerzy Giedoryc – Juliusz Mieroszewski. Listy 1949-1956” [ale to ponad tysiączek drukiem, echa..].

Do posluchania. Teraz “Magma to ice” Nadji. Też teraz: “Sketches of Spain” Daviesa. Potem: “Forgiveness & Exile” Conelly’ego. Całkiem potem: “Low” Ondo.

Do patrzenia. Teraz: okno. Jak omijać śmieci i psie kupy [''Co robisz, chłopczyku?" - "Zbieram psie kupy"], to jest ładnie. Potem: “Stalker” – żeby wreszcie zrozumieć. Potem bardziej – może egejn “Hunger”?

Ubytki: 13 kilo [ ''sypie się pan, panie P."]. Po półtorej D na każde oko.

Zyski: zdolność zasypiania w dowolnym miejscu i czasie, nawet w kolejce do okienka. Kolejny cot [ hopsgalopnik, nie oddzielający jedzenia od zabawy; głupiutki].

Nie, nie w czwartek rodzony. W niedzielę.

Teraz – spać.

Wiem, tak, tak… niekonsekwencja. “Mało casu, panie rezyseze, kruca fuks, mało casu”.

marzec 4, 2009

can I?

Zaszufladkowany do: muzyka — Stroeheim @ 8:19 pm
Tags: ,

Teraz to

”In the end
There was no-one to see
No helicopters in the
sky the next day
Or the day after
No-one was searching
‘Cause no-one knew
he was missing…”

O tak.

marzec 9, 2009

istno, panie Berlin, istno prawda

Zaszufladkowany do: ideologia, polityka, polytyka panie — Stroeheim @ 8:18 pm
Tags: , ,

”Niektóre Dobra Najwyższe nie dadzą się pogodzić – do tej prawdy można dojść na drodze czystego rozumowania. Jesteśmy skazani na dokonywanie wyborów, a każdy wybór może pociągnąć za sobą szkodę nie do naprawienia. Szczęśliwi ci, którzy żyją pod twardymi, akceptowanymi  bez zastrzeżeń rządami; którzy dobrowolnie spełniają rozkazy duchowych bądź świeckich przywódców, a każde ich słowo uznają za nienaruszalne prawo. Szczęśliwi ci, którzy własnymi sposobami doszli do jasnych i niewzruszonych przekonań na temat tego, jak należy postępować i kim być.

Powiem więc tylko, że ci, którzy spoczywają na owych wygodnych łożach dogmatu, są ofiarami własnej krótkowzroczności z klapkami na oczach, mogącymi przynosić zadowolenie, ale nie sprzyjających zrozumieniu, co to znaczy być człowiekiem” -

Isaiah Berlin “Pokrzywione drzewo człowieczeństwa”

……..

Okazuje się, że Miłosza z Giedroyciem trzeba czytać partiami, spokojnie dzieląc czas na szukanie dodatkowych informacji – tak smakuje to jeszcze bardziej niż konsumpcja z twardego siadu. Dlatego teraz ”odpoczywam” z Berlinem w ręku – gnie głowę solidnie.

……..

Dodatkowo okazuje się, że Stroeheim to pan pancerny na swój sposób. Dziś to odkrył z pustym zaskoczeniem.

Dobranoc.

marzec 22, 2009

kogoś tutaj zdrowo popieprzyło…

Zaszufladkowany do: z czapy — Stroeheim @ 8:01 pm
Tags: , , ,

O tym, że internet śmietnikiem jest i bywa – nikomu tłumaczyć nie trzeba. Chyba że jego IQ oscyluje w stanach niskich.

O tym, że internet dla sporej większości juzerów jest ostateczną wyrocznią i finalnym punktem na mapie zdobywania wiedzy – jak powyżej. W myśl założenia ”jeśli czegoś nie ma w necie, nie ma tego na świecie”.

Jednakowoż niektóre kwestie wrzucane do gugla czy innych serczingmaschinen mogą przyprawić człowieka o zajady ze śmiechu – zwłaszcza, jeśli owe zapytania prowadzą do jego własnego kącika żółci i jadu.

Pierwsze z brzegu: ”jak wydymać rolnika”?

Szanowny Pytaczu – uwierz mi, nie mam zielonego pojęcia jak wydymać wspomnianego ziemioobsiewacza. Nawet nie chwytam kontekstu: czy masz na myśli odbycie stosunku płciowego z wymienionym [nie odbyłem nigdy i nie zamierzam odbyć w żadnej, przewidywalnej przyszłości]? czy może miałeś na myśli wykorzystanie przewagi wynikającej z wiedzy i doświadczenia, celem skłonienia tegoż chłopa do dokonania niekorzystnego dla niego rozporządzenia mieniem?

Pytanie drugie: ‘‘czy jesienią 2009 świnie będą najdroższe”?

Szanowny Poszukiwaczu [zapewne jesteś wyżej wspomnianym rolnikiem, ktorego ktoś wydymał/dyma/dymać będzie] – nadal nie mam zielonego pojęcia. Nie jestem specjalistą od hodowli trzody chlewnej, choć budowałem w swoim życiu nowoczesne chlewnie. Świnek również nie posiadam – nawet tych ceramicznych skarbonek.

Na moje ignoranckie oko, tak w październiku/listopadzie możemy spodziewać się wzrostu cen wieprzowiny – pytanie na ile będzie to wzrost cen finalnych [konsumenckich] a ile cen skupu? Stawiam na to pierwsze, choć nie zdołam zaprzeczyć iż dołek świński już się rozwija ładnie. Ryzykuj hodowco sam – ja nie jestem pomoc hodowlana.

Pytanie trzecie: “w morzu nie zawsze była słona woda”?

Szanowny Pytaczu – w którym morzu? I kiedy? Jeśli idzie o Bałtyk, tak, jakieś 12 tysięcy wstecz był potężnym słodkowodnym jeziorem czy też morzem. Ma ten okres swoją nazwę od pewnego gatunku mięczaka słodkowodnego bytującego ówcześnie w Bałtyku. Starczy zaopatrzyć się w atlas geograficzny Polski wydany przez PWKart. gdzieś tak w połowie lat ‘80-tych ubiegłego wieku; lub prędzej powędrować do pobliskiej biblioteki publicznej i skorzystać z tegoż dzieła – a nie KURWA wszystkiego szukać w sieci !

I wreszcie clou programu “kobita na śmiszno” !

Tutaj doznałem zapaści tak fizycznej jak i intelektualnej. Czy to był cytat, którego szukałeś, drogi Poszukiwaczu? Czy może na co dzień posługujesz się taką karczemno-jarmarczno-gównianą polszczyzną?!

Po tym zapytaniu obejrzałem siebie dokładnie od przodu i tyłu, oraz z góry do dołu. Faktycznie – na typowego faceta nie patrzę tak na pierwszy rzuta gałką oczną. Na drugi rzut – już bardziej. Ale za Chiny Ludowe nie można mnie pomylić z ”kobitą”, nawet “na śmiszno”. No chyba, że ktoś lubi kobiety z gęstą białorudą brodą – to owszem, dla sztuki i nauki gotów jestem przebrać się w spódnicę i założę stanik. Lecz nic ponad to!

………..

Dzieje tygodni ostatnich nie obfitują w wydarzenia radosne oraz humoru pełne zbiegi okoliczności, gag ze skeczem nie goszczą w moim życiu – jednak dzięki ‘’sprytowi ludu polskiego”  mam przynajmniej od czasu do czasu rozrywkę. Którą to rozrywką zapragnąłem się z Państwem dziś podzielić.

PS. skutkiem tej notatki będzie więcej wizyt z zapytań o rolników, dymanie, świnie, kobity i morza. Chyba powinienem w nagłówku bloga podać napis, że tych tematyk merytorycznie nie obsługuję.

Dobranoc [a na sen piosenka dla Wasz, żebyście koszmary śnili - lubię ten film]

marzec 26, 2009

Kto kogo czyli ‘wake up’?

Najmodniejsze hasło wiosny w Polsce?

“Złodzieje!” wrzeszczane pod budynkami ministerialnymi. W ramach imprezy wliczony przejazd na koszt związku zawodowego, dnióweczka całkiem solidna oraz to, co zdołamy [my, uczestnicy] ‘wycmoktać‘ przez podróż i w trakcie znojnego marszu. Dodatkowo grill z opon, petardy i możliwość pokrzyczenia oraz potrąbienia i innego fiukania na rozmaitych instrumentach.

Fajny sposób na spędzanie czasu, prawda?

Slynne pytanie ”kto kogo” zadał swego czasu Lenin. W jakich okolicznościach i kontekście – a sprawdźta sobie!

Teraz to samo pytanie można zadać patrząc na początki dymienia związkowego w kraju – związki zawodowe branż wszelkich czy rząd? Kto będzie miał twardszą dupę i mocniejsze nerwy? A kto spęka na widok panów z wąsem, ”pod wpływem” i oponami?

Co będzie silniejsze: ‘’słuszny gniew ludu” czy może traktowanie Polski jako homeostatu? Obstawiam wygraną związków zawodowych. Z kilku podstawowych powodów.

Po pierwsze – Polacy nadal kochają legendę ”Wielkiej Solidarności”, co to wolność nam wywalczyła, ginąc, gnijąc i emigrując. Tylko cicho jakoś o treści postulatów Sierpnia – czyż nie było to żądanie socjalizmu z ludzką twarzą? socjalizmu pracy a kapitalizmu płacy? teorii równych żołądków? i tej krzyżówki ‘’społecznej nauki Kościoła” z równie księżycową terią ‘’solidaryzmu społecznego”? Tam wszedzie wyzierał czerwony sztandar przodków z 1905 r. tylko jakoś tak niezręcznie było walczyć z komuchami w mundurach i bez, wywijając czerwoną flagą. To po Październiku ‘56-tego już się nie sprawdziło ponownie.

Po drugie – tutaj nie ma kapitalizmu. Tutaj, czyli w Polsce. Jeśli ten system prawno-ekonomiczny jest kapitalizmem to ja jestem klerykiem młodym a szwarnym, ulubionym cherubinem księdza prefekta. Jedyny kapitalizm jaki jest obecny w naszym kraju to kapitalizm opisywany w podręcznikach studentów ekonomii i politologii. Tutaj panuje eurosocjalizm regulacyjny, etatyzm koncesjonowany, gospodarka-krzyżówka początków XX w. i początków XXI w. Znajdźcie drugi taki ”kapitalistyczny” kraj, gdzie producenci rolni nie płacą podatków dochodowych, nie płacą składek ubezpieczeniowych jak nie-rolnicy, emerytalnych także, dostają dopłaty do obszaru posiadanego areału i produkcji? A imię ich Legion?

Gdzie istnieją państwowe przedsiębiorstwa wydobywcze, których zasadniczym celem jest generowanie strat, wydobycie poniżej jakiejkolwiek opłacalności, notoryczne zaleganie z zobowiązaniami podatkowymi oraz niezwykle rozbudowaną strukturą związkową? Przedsiębiorstwa, gdzie rachunek ekonomiczny w funkcjowaniu i planach nie istnieje – coś na kształt gospodarczego perpetuum mobile: na wyjściu mniej niż na wejściu.

Po trzecie – partie polityczne tego kraju pozostające poza orbitą władzy chętnie przytulają się do ‘’słusznych żądań”, widząc doskonałą okazję do wybicia się z progu, i z dziką rozkoszą skorzystają z takiej okazji, by ”na plecach ludu, dla ludu i w imię ludu” poprzeć postulaty wszelkie. Nawet te najbardziej sufitowe.

Po czwarte – nie dokonała się zmiana pokoleń w świecie pracy. Popatrzcie dokładnie, kto dymi na wiecach związkowych? Młodzi, którzy weszli na rynek pracy? Żarty wolne – pojawiają się związkowe popiardywacze, panowie, którym kodeks pracy gwarantuje zaciszne miejsce pracy, wymuszone przepisami na pracodawcy. Ludzie, którzy w przypadku kopalni ostatni raz widzieli ścianę urobku, jak sobie dokument na NGeographic o górnictwie obejrzeli. Czy wiecie ile kosztuje etat działacza związkowego, zawodowego? Nie? To sprawdźcie – całkiem przyjemna fucha. No i popodróżować można.

Dla mnie związki zawodowe to wylęgarnia cwaniaków, politycznych Dyzmów – senator Kogut się kłania – proponuję sprawdzić. Frajerzy płacą składki, dają wycierać sobą gęby panom działaczom na negocjacjach – ale kiedy dochodzi do zwolnień, już cienko pieją działacze, pamiętając jedynie o własnym tyłku.

Jedynym związkiem zawodowym, który robi to, do czego został powołany i robi to nie kryjąc swojego lewicowego [czasem bardzo] charakteru – to Inicjatywa Pracownicza. Ale tego nie zakładali panowie z wąsem i mięśniem birowym – tylko młodzi ludzie, często idealiści ale realnie oceniający rzeczywistość, klasyczny anarchosyndykalizm. I przed nimi zdejmuję czapkę z głowy, do ziemi nisko się kłaniam – bo choć stoimy po dwóch stronach ideologicznej barykady, są autentyczni i nie skurwili się targiem politycznym.

A teraz mamy widowisko za darmochę – opłacani przez państwo związkowcy straszą gniewem i nowym powstaniem, buntem w całym kraju. Na ulice będą wychodzić, władza zobaczy, co oni potrafią. Bo władza to ”złodzieje!”. Bo owi dumni pracownicy związkowi ”nie będą płacić na wasz kryzys”.

Nie będziecie płacić? Wypinacie dupę na ‘’solidaryzm społeczny”? Kto jeszcze nie chce płacić na ”ich kryzys”, ręka w górę? Wyżej, bo słabo widzę!

A może tacy szarzy ludkowie jak ja przestaną płacić na ”wasz kryzys”, co? I ciekawe jak szybko wyschnie rządowa studzienka na dofinansowanie deficytowych przedsięwzięć, bo są państwowe i rządzą tam związki zawodowe?

Niemożliwe? Niemożliwe to jest to, żeby wszystkich, którzy tak zrobią zamknęli, ogrzywnowali, pościągali. To my powodujemy, że jest zapotrzebowanie na wasz węgiel, waszą stal walcowaną i inne wspaniałości, które dzięki wysiłkowi całej Polski możecie jeszcze deficytowo produkować.

Pan z ratowników medycznych powiedział na demonstracji, że on nie życzy sobie prywatnych przedsiębiorstw medycznych w tym obszarze. Ma być państwowe i już!

Kto z was, sam i z własnej woli skorzystał z państwowej służby zdrowia? Dentysty, ginekologa, alergologa czy innego magoga? Z wizją limitów, oczekiwań a jak co do czego przyjdzie to może i dowodów wdzięczności? A wszystko to przymusowo opłacone pod rygorem państwowego bata?

No właśnie. Ale prywatny to chujnia straszna, będzie robił źle, może nawet usypiał pavulonem. Natomiast państwowe jest cacy, państwowe zrobi nam git – tylko szkopuł w tym, że ma mieszek bez dna.

A może by tak Wiosnę Ludów zaczęli tacy z tej kilkumilionowej rzeszy jednoosobowych firemek, rodzinnych biznesików, kapitaliści kieszonkowi? Kto wtedy jest silniejszy – rozdarci, podpici wąsacze pod ministerstwem czy ludzie realnie tworzący kilka milionów miejsc pracy, nie dostający żadnych trzynastek czy czternastek, żadnych rabatów, gwarancji zatrudnienia, żadnych zapewnionych podwyżek, żadnych wcześniejszych emerytur?

Mój tydzień pracy to tydzień. Czas pracy to minimum 8 h dziennie – do czego dorzucić trzeba jakieś 3 na kręcenie się, nieodzowne i konieczne w tym wycinku. Wolne? Jak sobie przestanę pracować, to będę miał wolne. Wakacje/urlop? Miałem – w sierpniu tamtego roku, 3 dni wyrwane.

Emerytura? Może po 65 roku życia, ale prędzej będę dygał do końca życia.

Żadnych gwarancji panowie. Żadnych bonusów, żadnych związków zawodowych za moimi plecami. Zapieprzam sam, solo i w pojedynkę. A niech kontrtahenci zrobią mnie w jajo w terminach – to mogę już nie wstać. I nikt mi tutaj roni nie poda, żadne związki nie staną w mojej obronie.

I wy KURWA macie czelność drzeć się ”złodzieje”? I nie będziecie płacić na ”ich kryzys” bo wam się należy? Bo państwo wam da? Da, pewnie kurwa, że da – za to, co ja wpłacę do państwowej kasy.

Więc nie straszcie mnie i innych swoja Wiosną Ludów – bo możecie się niemiło zaskoczyć jak przyjdzie, tylko w innym wykonaniu. Z paskudną gębą Stroeheima jako partyzanta = skoro nie zostałem “członkiem” żadnej partii to może zostanę partyzantem jakieś sprawy? ;p

A jak będzie w rzeczywistości? Rząd się ugnie, przestraszony przez parę tysięcy rozdartych gąb, oraz podduszony przez prezydenckie krótkie rączunie. I polegnie, ogłaszając potem jakoweś zwycięstwo w imię solidarności społecznej – za które to zwycięstwo zapłacą wszyscy podatnicy. Żeby kilkaset miejsc pracy w deficytowych państwowych spółkach mogło dalej istnieć.

….

W ramach rewolucyjnego ognia dwa razy coś:

A dla  panów związkowców ku pamięci cytata z jednego zamorskiego polityka: “Anger is a gift”

….

Dobranoc.

marzec 31, 2009

…i raz

Zaszufladkowany do: muzyka — Stroeheim @ 6:47 pm

kwiecień 9, 2009

i dwa…

Zaszufladkowany do: duszoszczypatielnyje, muzyka — Stroeheim @ 8:02 pm
Tags:

To w miejsce oblecha z życzeniami świątecznymi

Dobranoc

maj 17, 2009

i trzy…

Zaszufladkowany do: duszoszczypatielnyje, muzyka — Stroeheim @ 5:04 pm
Tags: , ,

….

I tak jak kiedyś przewidziałem – ktoś znów szukał po guglemaschine hasła “dymanie świni”… że się wam to, kurwa,  jeszcze nie znudziło.

maj 31, 2009

i cztery…

Zaszufladkowany do: duszoszczypatielnyje, muzyka — Stroeheim @ 5:43 pm
Tags: , ,

Z tych wszystkich, jakie znalazłem ten vid jest chyba najciekawszy.

Dobranoc.

czerwiec 7, 2009

Mlha czyli życie całkiem w niebycie

Kto czytał Orwella “1984″ pamięta słynne tezy o kontroli pamięci społeczeństwa, a więc i kontroli NAD społeczeństwem : “Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość”. Zdolność do manipulowania ludzką percepcją przeszłości i teraźniejszości to najwyższy poziom wtajemniczenia politycznego i dziennikarskiego – umiejętność przekonania innych do naszej wersji wydarzeń, nawet najbardziej karkołomnej, to talent wielki choć często profanowany w polskich realiach.

Można czynić to dwojako: zgodnie z założeniami fikcji książkowej poprzez totalną kontrolę nad przepływem i istnieniem materialnych form  informacji [szczęśliwie dla nas to pozostaje fikcją] albo poprzez uporczywe, namolne powtarzanie własnej wersji wydarzeń, rozgłaszanie jej w każdy możliwy sposób oraz w każdym możliwym kontekście. Sprowadzając całość do mantrowanego quasi-bełkotu, propagandy nachalnie obskurnej.

Często wpisuje się to w “walkę” koncepcji politycznych, filozoficzno-socjologicznych i ustrojowych, trawiących infosferę oraz środowisko decydentów i kreatorów opinii. Wtedy wspomniany upór jest wart starań, bo im głośniej będzie o naszej wersji wydarzeń, tym bardziej stanie się ona dominująca, obowiązująca i kanoniczna.

To trywializm, co powyżej napisałem. Konstatacja godna przeciętnego licealisty, żyjącego dalej niż koniec własnego nosa/penisa/decka.

Istotniejsze jest coś innego – jak bardzo taki proceder ogarnia naszą rzeczywistość, jak mocno odciska się na tzw. potocznej wiedzy, jakie echo ma w świadomości mas [Państwo wybaczą leninizmy]? I jak skutki tego wpływu będą kształtowały przyszłość nie tylko tej czy innej partii politycznej, środowiska dziennikarskiego ale całości: państwa i społeczeństwa? I kiedy ten wybór będzie dawał realne szanse na “lepszą przyszłość” a kiedy wpieprzy nas w taplanie się w bajorze mitycznych obsesji i paranoicznych konstruktów, grzebiąc kolejne lata w błotku?

W Polsce minionych 5-6 lat proces ten nabrał przyspieszenia, mechanizm kreowania przeszłości stał się ulubionych fetyszem dziennikarzy, pismaków, historyków, historyków-najemników i zwyczajnych mend.

Wojna pomiędzy koncepcjami III a IV RP dodała paliwa do całego silniczka. Choć wszyscy bardziej krytyczni wiedzą doskonale, że nie istniał projekt polityczny pod nazwą “III RP”, tak jak nie istniał projekt “IV RP”. Wszelkie enuncjacje publiczne Rokity, szumne zapowiedzi PiS-u,  sążniste elaboraty polskich neokonów sprowadzały się tak naprawdę do jednego mianownika: “jak zdobyć władzę totalnie”? Tak, żeby po jej uchwyceniu przeorać świadomość społeczną, zdekonstruować obecny model i wymurować nowy konstrukt pod nazwą “lepsza Polska”?

Strona jakoby broniąca przeszłości – czyli wszyscy faktyczni i teoretyczni obrońcy pomysłu na Polskę, prezentowanego przez centrolewe skrzydło OKP-u – jakoś tak marnie prezentowali argumenty za pozostawaniem w tym starym mundurku. Dobrze wiedzieli, że pije pod pachami, ma dziury na łokciach a i kolor już jakoś spłowiał. Sami pomrukiwali o konieczności zmiany fasonu – tylko że zgodnie z starym zwyczajem środowisk po nieboszczce Unii Demokratycznej wolno zabierali się do problemu.

No i finalnie dali się zakrzyczeć, zepchnąć na stracone pozycje miłośników ubecji, kapusiów, wrogów “polskości” itp.

Prym od kilku lat wiodą heroldowie odnowy moralnej, przeciwnicy zgniłych kompromisów, werbalni konstruktorzy nowej, lepszej Polski. Piewcy nowej konserwatywnie malowanej rewolucji, która ma dać Polsce szansę na skok cywilizacyjny, należne miejsce w Europie i na świecie, a Polakom lepszą przyszłość i dumę z bycia człowiekiem z polskim obywatelstwem.

Interludium już było – 2 lata Jarka z kolegami. No nie wyszło, ale jak mówi mądrość ludowa “pierwsze koty za płoty” [co na to rzeczone koty?]. Potem przyszedł zły Tusek i zabrał zabawki chłopcom, goniąc z głównej piaskownicy. Ale piewcy pozostali, choć co raz mniejsze przyczółki dzierżą, co raz krótszy ten front.

Co w sposób naturalny doprowadza do oczywistej sytuacji: popadania w śmieszność i żałość. W opisach, konstatacjach, wizjach kreowanych. Kiedy działanie nie wychodzi pozostaje tylko wrzask – najczęściej na poziomie przedszkolnych rywalizacji.

W piątkowej “Rzeczpospolitej” do podobnego punktu dotarł redaktor Semka w swoim artykule poświęconym zdarzeniom 4 czerwca 1989 roku. Całość nie jest pozbawiona ciekawych obserwacji, trafnych i celnych uwag, interesujących zwłaszcza z punktu postrzegania historycznych zmian. Ale zawsze musi istnieć jakieś “ale” – przypadłość chyba praktycznie wszystkich politycznych komentatorów Rzepy: należy wsadzić obowiązkową wisienkę w tort, tak zgniłą i robaczywą że płakać się chce. Wisienkę pieprzącą cały smak tego tortu.

Już przywykłem do niemal rytualnych oskarżeń Michnika o wszelkie błędy i wypaczenia ostatnich 20 czy 30-stu lat. Czasem nawet strach rano podnieść deskę sedesową, bo a nuż Michnik siedzi w moim sedesie i knuje?

Wisienką pana Semki jest takie oto sformułowanie: “Ta w dużej mierze fałszywa wizja harmonijnego rozwoju III Rzeczypospolitej – bo pomijająca choćby wybielanie postkomunistów czy brutalną laicyzację lat 90. – bierze za swój początek dzień 4 czerwca” [pogrubienie moje].

Tedy przyjrzyjmy się tej strasznej dekadzie.

Wprowadzono religię do szkół, wpasowując ją do planów zajęć. Cichcem i pod strasznym strachem. Księża, zakonnice i zakonnicy oraz katecheci obojga płci zaganiani byli pod groźbą bata do szkół. Władze oświatowe broniły się jak umiały, przeszkadzając w tym zbrodniczym czynie.  Michnik pod pistoletem zmusza ministra edukacji do tego kroku.

W 1993 r. uchwalona zostaje ustawa o przerywaniu ciąży – kościół jest wbrew jej zapisom, agitując za bardziej liberalnymi rozwiązaniami. Publiczna nagonka na zwoleników przerywania ciąży, iż mało odważnie prezentują swoje stanowisko. Michnik pisze tekst ustawy.

W tym samym roku rząd podpisuje konkordat z Watykanem – grożąc inwazją dywizji spadochroniarzy na Stolicę Apostolską [nic, że ma to miejsce dwa miesiące po wotum nieufności dla rządu Suchockiej i po ogłoszeniu terminu wyborów parlamentarnych - kuriozum na skalę europejską]. Michnik osobiście przypiera do muru urzędników watykańskich, zmuszając do rozwiązania problemu.

W tejże dekadzie niejaki ojciec Tadeusz Rydzyk kupuje gazetę, płacąc forsą przywiezioną w reklamówkach – urząd skarbowy ślepnie. To w gabinecie Michnika doszło do zawarcia tej haniebnej umowy.

W tej samej dziesięciolatce ten sam zakonnik zbiera publicznie pieniądze na ratowanie Stoczni – bez zezwoleń i kontroli. Zapewne miał zamiar budować nową arkę, na którą zaokrętowani mieli być jego akolici i słuchacze na wypadek potopu z eurolibertyńskiego kołchozu. Widziano, jak w drukarni Agory Michnik na starym powielaczu drukował blankiety wpłat i cegiełki.

We wszystkich możliwych instytucjach publicznych obok godła, a także nad nim, pojawiają się krzyże. Michnik jeździ po kraju z młotkiem i kieszeniami pełnymi gwoździ.

Wszystkie możliwe służby mundurowe – od wojska po strażaków, leśników i strażników miejskich otrzymują własnych kapelanów wszystkich możliwych szczebli, z odpowiednią infrastrukturą i uposażeniami. Michnik osobiście dokonuje wprowadzanie duchownych do wszystkich możliwych jednostek.

W ciągu 10 lat odbywają się 4 pielgrzymki papieskie do Polski, z czego jedna dwuetapowa. Naród z płaczem i oporem bierze udział w mszach, manifestacjach itd. Michnik osobiście wiąże papieża i obwozi go po kraju, wpakowanego w papamobile. Pomagają mu m.in. ludzie Millera i Kwaśniewskiego.

Powstaje KRRiT, a w ustawie zapis o wartościach chrześcijańskich. Michnik, rzecz jasna pisze tekst ustawy, i to z jego polecenia niejaki Bender, znany libertyn i hulaka przewodzi tej instytucji.

Przy wszystkich możliwych okazjach: świąt państwowych, nowych inwestycji, obchodów rocznicowych odbywają się msze z udziałem urzędników wszelkich możliwych szczebli, pokropki inwestycyjne wilgocią pokrywają budynki, drogi itd., urzędnicy z obrzydzeniem całują pierścienie biskupów. Michnik układał listy proskrypcyjne, a niepokornych straszył wywożeniem za Ural.

Działa Komisja Majątkowa, zwracająca kościołom, zwłaszcza rzymskiemu, zagrabione dobra nieruchome i ruchome – tak z przestrzeni ostatnich 200 lat, łącznie z tymi skasowanymi przez Prusaków i Austriaków. Michnik w pikelhaubie biega na sali posiedzeń komisji, podtykając nowe dokumenty.

I tak przez następne kilkanaście akapitów mogę opisywać mroczne lata ‘90-te, kiedy brutalna laicyzacja niszczyła naszą religijność, kościół i ludzi wierzących, rugując ich ze wszystkich możliwych obszarów życia publicznego.

Ale nie mam siły pisać, a Państwo pewnie nie macie już siły czytać.

Tego wszystkiego, co można nazwać brutalną laicyzacją życia – nie pamiętam. Aż tak bardzo byłem zamulony licealnymi zmaganiami, studiami, imprezami i pracą, że nie zarejestrowałem tego wszystkiego. I byłbym niezmiernie wdzięczny panu Semce albo jego miłośnikom o wskazanie jednym, konkretnym przykładem przejawów tego procesu laicyzacji. Bo jeśli było to tylko takie ot sobie pisanie, to argument ten jest niczym innym jak gołosłownym kłamstwem.

Pełna mgła mnie otoczyła wtedy. Czyli po czesku “mlha”. Jak ktoś lubi dobrą muzykę to niechaj wrzuci sobie Uź Jsme Doma i ich kawałek “Mlha” – polecam sobie przetłumaczyć tekst.

Zwłaszcza panu Semce polecam. I przekwalifikowanie się na bajarza.

A ja idę szukać tamtej dekady. Bo gdzieś ją zapomniałem i zgubiłem, kurwa nać.

Dobranoc

czerwiec 15, 2009

Syci patrzą z oddali

Zaszufladkowany do: ideologia, polityka — Stroeheim @ 12:05 pm
Tags: , , ,

Pamieta ktoś Birmę sprzed dwóch lat?  Gustowne filmiki pokazywane w serwisach informacyjnych? 5 minutowy zapał “światowej opinii publicznej”? Sensacyjne zdjęcie z japońskim reporterem umierającym na ulicy i wciąż robiącym zdjęcia?

Znów mamy to samo. Kolej przyszła na Persów.

Różnica? Tamten świat był trochę bardziej syty, teraz ma na głowie “kryzys”, więc mniej będzie uwagi… może tylko 3 minuty.

“Wolność? Po co wam wolność, macie przecież …”

czerwiec 18, 2009

Emisja kupy czyli “Polonia” ekskluzywnie wydziela

Przywykłem do braku poziomu w państwowej telewizji – i właściwie nic nie jest zdolne mnie poruszyć. Początki degrengolady tej instytucji zaczynają się od panowania Dworaka, aby rozkwitnąć w czasach szanownego Bronisława W. i Andrzeja U. Jednak Farfał wraz z całą kupą braci brunatnych zdołał pogłębić dno, przebić się przez nie i równie głęboko zanurkować w muł i szlam.

Temu i nie oglądam. Nie płacę – bo i za co? Przecież tam już nic nie ma, poza gównianymi serialami i tak marną ofertą kulturalną, że świstaki tatrzańskie są bardziej wyedukowane.

Do dziś nie wiem, kto rządzi w TVP “Polonia”. Zapewne któryś z przydupasów Farfała, namaszczony z polecenia Giertycha. Wisi mnie to martwym flakiem od dawna – i tak kanał ten, mający być ofertą dla Polonii i niejako reklamą naszego kraju emitowaną po świecie kablówek i satelitarnej tv stał się kanałem pierdząco-parafialną agitką, nieustannymi mszami i transmisjami z obchodów ku czci tego czy tamtego kreśląc obraz Polski jako jednej wielkiej katolickiej spokojnej parafii. Żal i kał, doprawiony emisjami wszelkich M-jak-miłościów, Plebaniów i innej produkcji dramatycznie gównianej.

Jednakowoż wczoraj rzeczona stacja przeszła samą siebie, wyznaczając nowe standardy niekompetencji, nieuctwa i tępoty.

Jako ekskluziw wyemitowano wczoraj w nocy dokument nakręcony w 1985 r. w siedzibie paryskiej “Kultury”. Oczywiście, jako relacja sprzed półwiecza nie ma dziś dosłownego znaczenia, ale przecież to zapis rzeczywistości, której nie ma: sam Giedroyć, Hertzowa, Czapski, Herling-Grudziński, Kot Jeleński, Miłosz itd.

To jak zapierdolić panu Wellsowi wehikuł i dymnąć ćwierć wieku wstecz. Nastawiałem się na oglądanie jak na noc poślubną – mało brakowało a bym się ponownie ogolił i wdział garniak.

I dramat, i deską brudną po głowie.

Już w rozmowie z tzw.”mądrą głową” przed emisją dokumentu panienka w studio swoją ignoracją zataczała się od jednej strony do drugiej, oplatając niezwykłe farmazony. Jak widać, technika zadawania głupich pytań i wygłaszania równie idiotycznych komentarzy jest chyba jedynym wyznacznikiem profesjonalizmu dla pracujących tam dziennikarek i dziennikarzy.

W tym miejscu przepraszając wszystkie wysoce inteligentne blondynki jakie znam – muszę z przykrością oznajmić iż wspomniana dziennikareczka była wprost klinicznym przykładem “blondynki”. Jednego, czego jej brakowało to kolczyka w nosie i tipsów długości widelców. Drobnostka. Pustostan umysłowy zastraszający. Jak by nie można było przed emisja poczytać troszkę więcej niż 3 linijki z bryku dla licealistów. Oszczędzajac i widzom i sobie żenującego wystąpienia.

Jednak to tylko było zapowiedzią do dalszych ekscesów.

Po obligatoryjnej przerwie na reklamę rozpoczęto emisję. Jakość oczywiście średnia, maniera ówczesnych opozycjonistów na eksilu sprawiała iż techniką realizacji przypominało to założenia Dogmy. Nic to, można przywyknąć. Ale potem już rwałem brwi – bo włosów na głowie nie mam.

Nie wiem, kto tam tłumaczy te teksty na język angielski, z którego robi się napisy. Może absolwent technikum zawodowego ze specjalnością obróbka skrawaniem [swoją drogą szacowny fach]? Może złapana na korytarzu sprzątaczka?

Pomijam idiomatykę – widać obce tym ludziom są jakiekolwiek niuanse języka angielskiego i polskiego. Pomijam dziwaczną składnię. Pomijam obcinanie co któregoś zdania mówionego i nie umieszczania transkrypcji angielskiej. Srał was pies i wasz zdolności lingwistyczne.

Ale na wszystkie skarby tego świata! Jakże kurwa można było robić przy tym tłumaczeniu tak żenujące i koszmarne pomyłki merytoryczne, przekręcając nazwiska?!.

Kurwa wasza w tę i z powrotem! Przecież można wsadzić łeb w Wikipedię polską i poczytać przed tłumaczeniem. I wtedy wszelkie niejasności wynikające ze słabej jakości dźwięku w dokumencie, zostaną rozwiane.

Wieloletnim współpracownikiem Giedroycia i publicystą “Kultury” był Stempowski Jerzy, piszący pod pseudonimem Paweł Hostowiec – a nie “Stepowski” !

Korespondentem “Kultury” w Berlinie Zach. był Prądzyński Jerzy a nie “Bradzyński” !! [Tak przy okazji, na Onecie też byście mogli sobie poprawić ten kiks, bo przekręciliście to nazwisko].

I kurwa, tutaj żeście przeszli samych siebie dodatkowo otwierając parasol we własnych tyłkach: z Giedroyciem i “Kulturą” kontakował się jako przedstawiciel polskiego środowiska komunistycznej socjologii i nauki prof. Schaff Adam a nie “Szaf” !!!

No przecież to nawet nie jest ignorancja – to jest głupota i kretynizm poglądowy. To kurwa jest całkowity brak poziomu, żenujący rynsztok.

Ja wiem, przeklinanie świadczy o moim chamskim korzeniu. Ale jak można siedzieć i gapić się w ekran, i co kwadrans być wprawianym w co raz większe zażenowanie i zadziwienie? I zachować spokój?!

Dno. I na to mam płacić jakikolwiek haracz w postaci abonamentu? No chyba żart.

Ale gotowem się założyć, iż ci sami ludzie odpowiedzialni za emisję i opracowanie tego dokumentu, obudzeni o 3 nad ranem są zdolni wymienić wszystkie diecezje w tym kraju, łącznie ze wszystkimi biskupami aż do poziomu biskupów pomocniczych.

Dawno przestałem aspirować do miana człowieka wyedukowanego, i nie wsadzam sam siebie na tron nieomylności i wszechwiedzy. Jednak nauczyłem się jednego: chcesz coś zrobić dobrze – zrób to dokładnie i starannie!

A tutaj? To nie fuszerka, to porażka. Jest tylko jedna istotna różnica – mnie nie płacą takich stawek jak tym ciulom od tłumaczenia. I za wszelkie błędy odpowiadam sam swoim nazwiskiem i reputacją.

Srał was pies z waszym poziomem – nawet pochwalić się nie umiecie poprawnie, zawsze musicie coś spieprzyć.

I na uspokojenie coś

czerwiec 21, 2009

Syci patrzą dalej

Zaszufladkowany do: duszoszczypatielnyje, ideologia — Stroeheim @ 6:19 pm
Tags: ,

Niech to Wam pozostanie pod powiekami, jak będzie zasypiać, święcie przekonani że tamte zdarzenia nas nie dotyczą.

To jest film, o którym trzeba pamiętać i trzeba rozprzestrzeniać jak bardzo możliwe – bo za kilka miesięcy nikt mułłom złego słowa nie powie. Geopolityka, użyteczni idioci i ropa wymuszą milczenie.

Szczerze, nie dbam o kretyńskie komentarze [będą wypierdalane w kosmos] i o zdrowych hipokrytów, popluwających o mojej potencjalnej hienowatości – leję na was moczem złocistym jak gruziński koniak.

Ta dziewczyna mogła żyć, gdyby nie ideologia pomieszana z religią.

czerwiec 25, 2009

Jak Terlikowski pedałów pognębił czyli Tęczowy NWO

Czy w Polsce, zwanej czasem Wolską, istnieje wolność słowa i wypowiedzi? Kodeksowo i konstytucyjnie tak, realnie już troszku mniej. Jak piszesz, to pamietaj o małym knebelku pod nazwą “uczucia religijne” – bo tam już w tle niejaki Nowak się czai, z pozwem w wilgotnej dłoni tropiąc kolejne przejawy napaści na chrześcijan, a zwłaszcza na katolików [bo przecież jedno szersze od drugiego, nieprawdaż Piesku?].

Ale ciesz się pisząc, jeśli-ś publicystą stającym w obronie moralności, dobrego obyczaju, norm społecznych, moralnych i Matki Waszej Kościoła. Co prawda nie nadają jeszcze biskupi tytułu “honorowego krzyżowca” ale zawsze znajdziesz wsparcie, oparcie i poparcie. Czasem może to kosztować Ciebie późniejsze zaparcie, ale cóż, nawet Paetz ma prawo do miłości.

Dobrze jest również, abyś znał Janka Pospieszalskiego – on da Tobie czas i fotel, żebyś mógł piętnować, bronić, grzmieć, przestrzegać. I więcej ludzi Ciebie zobaczy, niż by czytywało Twoje felietony i artykuły sążniste.

I nie martw się, jeśli wyglądasz głupio w swoim kogucim zacietrzewieniu, w zapoconych pinglach [wiem co za ból, przecież sam jestem niemal ślepy], pokrzykujący i podrygujący na foteliku w zapale godnym Savonaroli. Bo za Tobą prawda stoi, co wyzwoli… czy jakoś tak to leciało, ne?

O co mi idzie w tak długim “rozprowadzeniu”? O dzisiejszy kobylasty artykuł Terlikowskiego w “Rzeczpospolitej” [tak, tak,  trzeba będzie przeczytać, żeby skumać o co mnie biega] o wielce ostrzegawczym tytule “Rewolucja homoseksualna”. Aż ciary przechodzą, ne? Już te pedalskie kohorty zalewają nasz kraj ukochany, co wydał Wandę i Karola, już zgnilizna na rubieżach, a w Łunii to panie “sodomia z gomorią”.

Co prawda Terlikowski napina muskle i tytułuje swoje literki “analizą sposobu działania organizacji gejowskich i ich radykalizujących się postulatów”, jednakowoż nie łudźcie się, wy zakażeni permisywizmem moralnym zgniłkowie – cały tekst jest skonstruowany w sposób typowy dla prawackich wywodów o silnie emocjonalnym podglebiu: trochę przykładów z życia wziętych [ z prawacką skłonnością powykręcanych w prawo i lewo... choć nie, w lewo nie], pełno pomieszania pojęć i terminów z różnych sfer, wszystko stosownie rozpaczliwie wybełtane i podlane sosem o upadku tego świata, i okadzone dymem z trybularza.

Podstawowe założenie rozważań pana publicysty jest proste jak konstrukcja sznura dzwonniczego: istnieje potężne “lobby homoseksualne”, które przy poparciu środowisk lewicowych i liberalnych, zamiarowuje zakończyć rewoltę ‘68ego i doprowadzić do powszechnego równouprawnienia wszelkich zachowań seksualnych oraz moralnych norm, wywiedzionych i opartych o ludzką płciowość i emocjonalność. Jednym słowem: “niemoralność” [wg. Terlikowskiego] stanie się “prawem”.

Oczywiście konsekwencją tego kroku będą prześladowania przeciwników równouprawnienia, upadek społeczny i moralny, katakumbizacja chrześcijaństwa itepe. Ogólnie syf, malaria i gronkowiec złocisty.

Cały tekst zawiera przepiękne przykłady prawackiej logiki wnioskowania, doskonałej na zajęcia uniwersyteckie z zakresu logiki formalnej.

Proste konstatacje o zmianie znaczeń słów, odwracaniu wektorów wartości [co to, Wittgenstein'a się czytywało?] oraz językiem jako instumentem kontroli społecznej okrasza redaktor wspaniałościami.

Przykład:

“Termin ten [orientacja seksualna - wtr. moje], wbrew temu, co próbuje nam się wmówić, wcale nie jest obojętny aksjologicznie i naukowo sterylny. Przeciwnie – zakłada bardzo konkretne poglądy moralne, czyli uznanie, że homo-, bi- i heteroseksualizm sa tak samo uprawnionym sposobem uprawiania seksu i budowania relacji. Wniosek z tego założenia może zaś być tylko jeden: nie ma powodów, by jedną z tych orientacji uznawać za lepszą czy bardziej pożądaną od innych.

Takiego wniosku nie da się zaś oprzeć na wynikach nauk empirycznych. Z faktu bowiem, że relacje homoseksualne występują niekiedy w przyrodzie [...] nijak nie wynika, że takie zachowanie jest normalne czy moralnie akceptowalne. Gdyby tak było, to prawodawstwo czy publiczna moralność byłaby zmuszona uznać za normę także zjadanie swoich partnerów po odbytym stosunku seksualnym (bo i to się zdarza w przyrodzie)”.

End soł on, end soł on kolejne bite sześć kolumn literek, dla niepoznaki nazywanych przez Terlikowskiego “analizą”.

Krótko? Debilizmy. Ale rozwińmy to ładnie.

Cudowne jest jedno: pomieszanie pojęć z rozmaitych sfer. Mamy i przyrodę, i moralność publiczną i prawodawstwo. Pierwsze słyszę, by dla prawodawcy zjawiska z zakresu prokreacji zwierząt stały się wyznacznikiem przy tworzeniu norm prawnych obowiązujacych ludzi. Co prawda precedens istnieje w postaci ustaw norymberskich, które były niczym innym jak przeniesieniem koncepcji biologicznych i quasi-biologicznych na język normy prawnej. Ale chyba tam Terlikowski przykładu i poparcia by nie szukał?

Brak akceptacji dla ”takich zachowań”, panie Terlikowski? Dla mnie podobny tok myślenia pojawia się przy rozważaniu o naturze zachowań w liturgiach niektórych religii: rytualne zżeranie serc zaszlachtowanym ofiarom ludzkim przez Azteków i wasze konsumowanie “mistycznego ciała Chrystusa” są dla mnie jednako dziwne i mało akceptowalne z punktu widzenia mojej logiki. Bez znaczenia, czy ciało jest realne czy mistyczne – komunikowanie się z bytem boskim przez kanibalizm rytualny czy pozorny jest dziwne, i raczej mało ma wspólnego z moralnością.

Dalej jest jeszcze ciekawiej – Terlikowski, by zbudować silną podbudowę swojej teorii wysypuje z rękawa szereg przykładów na to, jak działa owe “lobby homoseksualne”, jakie ma wpływy, potęgę, gdzie sięgają jego macki [tfu!] i co będzie konsekwencją tych działań.

Walnięcie tekstu o tym, że WHO czy Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne wykreśliły homoseksualizm z listy chorób pod wpływem wymuszenia ze strony mitycznego lobby może być kretyńską teoryjką spiskową, akurat do omówienia przez WO w kolejnej notce.

Ale rzucanie argumentami, iż to samo lobby zabrania wszelkich badań nad zachowaniami seksualnymi ludzi, gnębiąc naukowców, odbierając im sale wykładowe, pieniądze w grantach, zastraszając niepokornych, organizując naciski poprzez opinię publiczną o charakterze “histerycznym” [ ulubiony przymiotnik prawackich pisatieli odnośnie działań strony przeciwnej] – to już oznaka silnej paranoi.

Oczywiście, przyznaję ze spokojem Terlikowskiemu i rację, kiedy przytacza przykłady dość kuriozalnych decyzji aministracyjnych czy prawnych, których stroną, i pośrednio beneficjentem, są homoseksualiści. Jednak to nic innego, jak klasyczne ekstrema, pojawiające się w zjawiskach każdego typu. Identycznym ekstremizmem było morderstwo właściciela sieci klinik aborcyjnych w Stanach w ostatnim czasie. Ekstremalne ekstremum, ale mimo wszystko ekstremum – bo nie chcę wierzyć, iż wszyscy czy większość zwolenników pro life jest zarazem skłonna do takich rozwiązań. Choć kto wie, może w waszych szeregach takie podejście to “publiczna moralność”,; jeśli wystarczająco  liczna grupa podzieli taki pogląd, to przecież może stać się normą powszechną ?

Ekstrema w żadne sposób nie są miernikiem zmian zachodzących w nie-homeostatach jakimi są społeczności. Rzadko kiedy bywają również sygnałem na “podpowierzchniowe” prądy w tychże społecznościach. A już nigdy żadnen szanujący się inteligentny człowiek nie będzie ekstrapolował przyszłych struktur społecznych w oparciu o ekstremalne incydenty.

Ale jeśli publicysta sadzi tekst, który jest niczym innym jak manifestem poglądów polityczno-religijnych, sam jest znany zaś ze swojego “niemejnstrimowego” światopoglądu – to czego oczekiwać? Tylko po co to pozorne napinanie się na obiektywizm, szermowanie wieloma przykładami z kraju i świata, skoro całość rozważań można spokojnie sprowadzić do hasła “pedały precz!” ?

Rozpaczanie, że holenderski minister cofnął dotację dla religijnej organizacji “leczącej z homoseksualizmu”? I twierdzenie tym przykładem, że spisek istnieje?

Sam osobiście znam organizację, która podobno umie leczyć z heteroseksualizmu i to skutecznie. Odsetek pedałów jest tam niemal dwukrotnie większy niż w reszcie populacji, o zgrozo! pedofilia też ma swoich w miarę wymierzalnych zwolenników. Organizacji tej nikt do tej pory w Polsce nie zabrał ani grosika, wręcz odwrotnie: nieustannie pchane ma mieszki. Znasza pan temat? To przecież kościół katolicki jako instytucja, która twierdzi, że zdrowy facet może świadomie zredukować swój popęd heteroseksualny do zera niemal, czyni to bez objawów ubocznych i na wielką chwałę?

Ludzkość jest takim zjawiskiem mentalnym, które jest zdolne stworzyć każde kretyńskie założenie, propagować je usilnie z mocnymi uzasadnieniami, twierdząc że ma na to dowody i moralne prawo.

Rozbawiają mnie do zajadów teksty o “tradycyjnej moralności”, szczególnie wtedy, kiedy jest wywodzona z wszelkich religijnych pism świętych, objawionych itp. Co to jest “tradycyjna moralność”, panie Terlikowski? Ta, którą pan wywodzisz ze Starego i Nowego Testamentu? To dlaczego nie domaga się pan, aby instytucjonalnie i publicznie piętnowano zdradę seksualną wśród heteryków? Bo już nie domagam się od pana, żebyś pan popierał starotestamentowe kamieniowanie cudzołożnic [właśnie, a co z cudzołożnikami? jakoś nie pamiętam żeby tam chłopów chcieli kamieniować za bzykanko na boku?].

Dlaczego nie domaga się pan zakazu rozwodów i nierozwiązywalność małżeństw? Przecież to niezwykle poważne wystąpienie przeciwko “tradycyjnej moralności”. Pierwszy krok do upadku społeczeństw. I o dziwo, tak chętnie wybierany przez heteryków?

Znam taki jeden eksperyment społeczny z zastosowaniem “tradycyjnej moralności”. Całkiem niedawno miał miejsce. W Afganistanie, gdzie teraz katoliccy chłopcy szerzą zbrojnie pokój i demokrację. Nie wadzi to panu jakoś? Nie protestuje pan?

Przecież mili brodacze w turbanach surowo karali za “sodomię”, cudzołóstwo, używki, nie mieli inny bogów [Budda z Bamjan się kłania]  i ogólnie szerzyli moralność. Taką prawdziwą, opartą na religii właśnie.

Ach, byłbym zapomniał – przecież tylko WASZA religia jest prawdziwa i ma prawo być moralną powszechnością, a prawo ma do niej sięgać, nie do innych ksiąg objawionych.

Żal dupę ściska jak czytam jaki to grozi upadek cywilizacji zachodniej jako opartej na judeochrześcijańskich podstawach, jeśli homoseksualiści i biseksualiści będę mieli takie same prawa jak heterycy. Historię tego kawałka świata to pan poznałeś na lekcjach religii?

Nie wiedziałem, że Grecy którzy dali nam logikę i filozofię, byli judeochrześcijańskim czarem zachwyceni. I Rzymianie, co dali nam teorię prawa powszechnego, również opartego w 95% procentach na logice, nie zaś na religii jako prawo w dawnym Izraelu. No i ci paskudni Arabowie co dali nam sporo matematyki i pojęć rozmaitych, medycyny nie licząc już – też byli judeochrześcijańscy?

Knebel na mózgu, jaki można sobie samemu założyć, z całego przekonania wierząc we wszystko, co święte księgi mówią, jest straszny.

A już chamem pierwszej kategorii trzeba być żeby skonstruować wywód pozornie logiczny, że skoro dziś dozwolimy na równouprawnienie związków hetero- i homoseksualnych w prawach i obowiązkach, to konsekwencją w przyszłości będzie równouprawnienie związków zoofilskich.

Jesteś pan kretyn pierwsza klasa, jeśli piszesz pan takie zdanie w takim tekście. Bo tylko kretyn totalny i nieuk jest zdolny założyć, że państwo jako instytucja pozwoli na istnienie czegoś co jest sprzeczne z logiką fundamentów prawnych – żadne zwierze nie ma zdolności prawnej i zdolności do czynności prawnych, więc nie może stać się stroną żadnego stosunku prawnego.

Pan po prostu nie rozumie pojęć z zakresu prawa i z obszarów praw człowieka – bo pan jesteś impregnowany na wiedzę, która nie jest podbudowana w żaden sposób religijnie. Tutaj już nie mam współczucia, bo to nie jest kalectwo wrodzone, czy nabyte incydentalnie – to świadomy stan debilizmu.

I nic innego w tym pańskim sformułowaniu się nie kryje, poza chęcią obrażenia i poniżenia innego człowieka z powodu jego preferencji seksualnych, na które wpływu mieć nie może. A to, że akurat homoseksualistów i biseksualistów jest procent w całej populacji nieduży? Rudych albo karłowatych także, ale nikt jednak jeszcze nie wpadł na pomysł, żeby z racji ich małej liczebności [w odniesieniu do całej populacji] odbierać im część praw przysługujących reszcie nie-rudej lub nie-karłowatej.

Jestem przekonany, iż odkryłem powód pańskiego [i pańskich współwyznawców] strachu i obrzydzenia przed potencjalnym – w waszych oczach – nadejściem Gay New World Order. To dwie podstawowe fiksacje: płciowością człowieka i jej konsekwencjami oraz zjawiskiem jednostki jako indywidualnego, samodzielnego do granic maksymalnych, bytu umysłowego i biologicznego.

To właśnie akurat judeochrześcijaństwo ma obsesję płciowości, aktów seksualnych, ich konsekwencji, wymiaru moralnego w doczesnej i pośmiertnej rzeczywistości. To w tej religii dominuje przekonanie że popęd płciowy i jego realizacja [ w szerokich granicach, które kreśli ogół a nie tylko dana religia] stwarza wielkie niebezpieczeństwo dla umysłu i “moralności”. Zaś celem seksu i związków jest prokreacja i powoływanie na świat nowych ludzi [ co stoi w oczywistej sprzeczności z waszym sprzeciwem wobec in vitro].

Ten lęk zaś w prostej drodze wywodzi się z przekonania, iż jednostka nie jest samodzielna i odpowiedzialna, łatwo ulega nieracjonalnym zachciankom, realizuje je bez ograniczeń i oglądania się na konsekwencje. Z przekonania, że jednostka samodzielnie myśleć nie umie, nie potrafi wartościować, oceniać i dokonywać wyborów, jeśli nie jest do tego nakłoniona/zmuszona nakazami, zakazami lub wskazówkami instytucjonalnymi. Zwłaszcza tymi, które pochodzą ze sfer tyczących się “moralności”. Z przekonania iż człowiek jest bez wsparcia religii i mechanizmów “kara/nagroda” jest zagubiony i skłonny do pomyłek, ergo – do zła, złych wyborów itd.

Ogólnie – założenie macie proste: jednostka słabą jest bez hamulców i drogowskazów, które daje im religia. Jednostce nie można ufać, bo jest nieobliczalna. Tylko mądrość zbiorowa, kolektywna i oczywiście eschatologicznie obudowana – bo przecież nie może być tak, że kary za grzechy unikną umierając.

To śmierdzi, panie Terlikowski. Śmierdzi autorytarnym zamordyzmem, kiedy to państwo określa dokładnie, co obywatel/człowiek/jednostka może robić z własną osobą, a czego nie. Szczególnie w obszarze płciowości i prokreacji.

Prosto – państwu gówno do tego, z kim i jak realizuję swoje potrzeby seksualne, emocjonalne, psychiczne. Do chwili, kiedy nikt nie jest poszkodowany [zwłaszcza współuczestnik realizacji, który jest zdolny do oceny swoich czynów i moich motywów oraz czynów - więc wal się pan z argumentem o zoofilii czy pedofilii] w mojej realizacji, nikt nie ma żadnego prawa wytyczać mi ścieżek po których mam chodzić. A tym bardziej religijnej ideologii nic do tego.

A argument o nietrwałości związków homo i rzekomej heteryków przewadze w tej materii – powiem krótko: daj pan sobie siana. Po pierwsze nie ma na to żadnych wiarygodnych opracowań socjologicznych [tak, tak... ja wiem - to przez to lobby wszechświatowe pedałów], po drugie: znam wielu, wielu heteryków, których związki nawet na pozór trwałości nie wyglądały. Zaś ci sami heterycy co niedziela walą do komunii jak w dym.

Sumując całość mojej żółci – chciałeś pan napisać że brzydzi pana wizja seksu dwóch facetów czy dwóch kobiet? Że pan ich nie lubisz, i odmawiasz im tego, co sam pan otrzymałeś od państwa? To było to zmieścić w kilkunastu linijkach a nie udawać, że piszesz pan coś mądrego i rozsądnego, coś zasługujacego na merytoryczną polemikę. Bo ten zbiór przekłamań, ćwierć prawd i mitów, okraszony kilkoma incydentami można traktować jedynie jako materię do ćwiczeń z zakresu logiki wnioskowania – co powtarzam po raz drugi. A dokładnie: błędów we wnioskowaniu. Albo jako materię dla studentów dziennikarstwa do badań nad zakamuflowanymi manifestami ideologicznymi.

I tak na koniec, żeby nie było niedomówień: jestem, panie Terlikowski, heterykiem jak z obrazka. Nie działam w żadnej lewicowej czy lewackiej czy pedalskiej organizacji. I jestem wielkim zwolennikiem wierności [po okresie durnej młodości] w związku – bo niczym innym nie umiem dowieść drugiemu człowiekowi, jak bardzo go kocham i szanuję. I żeby to wiedzieć, nie muszę wierzyć w boga czy nakazy religijne, albo “tradycyjną moralność”. Wystarczy zwykła przyzwoitość. Bez względu na to, czy jest się heterykiem czy homoseksem.

Dobranoc.

….

I tak mi teraz naszło – chciałem poll zrobić, żeby sprawdzić czy ktoś jeszcze czytuje moje rzygnięcia jadem.

lipiec 19, 2009

O Janku co nie tylko psom szył buty

Idiomy to piękna rzecz w każdym języku. Najciekawsze w nich jest zjawisko przechowywania pamięci kulturowej – tego, co było kodem powszechnym lat kilkadziesiąt [albo i więcej] wstecz. Często gęsto jednak dochodzi do oderwania od kontekstu i przemieszczenia się w zupełnie inny obszar, często przeciwstawny znaczeniowo.

Ale nie o tym dzisiaj, ta wzmianka to tak przy okazji nieporozumień z tytułem. Jeśli ktoś lubi bawić się w szukanie, to niech szuka – skąd ten zwrot i co pierwotnie oznaczał.

Teraz będzie o Kulturkampfie [wiem, niegramatyczne], zjawisku przetaczającym się przez opinię publiczną od pewnego czasu. Pokusiłbym się o sformułowanie tezy, że cały proces ma swoje korzenie gdzieś w drugiej połowie lat ‘90-tych ubiegłego stulecia, ale swoje uzasadnienie i wzmocnienie uzyskał wraz z wygraną Kaczyńskich w wyborach parlamentarnych i prezydenckich.

Pewne [niepejoratywnie użyte słowo] środowiska opiniotwórcze wyszły z założenia, że: po 1 bracia rzeczywiście wierzą w to, co głoszą jako program polityczny i społeczny, po 2 faktycznie istnieje zagrożenie dla pewnych postaw społecznych, form kulturowych i programów etycznych. Zagrożenie wynikające z wypełznięcia Polski z półwiekowego kriosnu komunizmu w obszar wolnej wymiany nie tylko handlowej ale także umysłowej i kulturowej.

Truizmem będzie sformułowanie, że dodatkowego przyspieszenia całemu procesowi odmrażania Polaków dodało pojawienie się dwóch kanałów “infekcji kulturowej” – telewizja satelitarna i Internet. Zwłaszcza to ostatnie narzędzie Szatana [PszePana] to działa z prędkością wirusa Marburg.

Ponieważ Polska to taki kraj, gdzie wszystko musi egzagerować w swoich formach, to i te przemiany społeczne/kulturowe  “dostały się” pod opiekuńcze skrzydła politykierów i hochsztaplerów politycznych różnej maści. Dodatkowo smaku i ognia dodały wpływy Kościoła – te realne i te wydumane – na polskie życie w każdej odmianie.

Dzięki temu mamy to, co to teraz pozornie zdaje się absorbować publicystów od strony socjologiczno-kulturowej: zagrożenie dla  ”polskości” Polski wynika bezapelacyjnie ze strony zachodniej kultury i etyki. Zaś Polska przechowała – dzięki temu półwiecznemu pobytowi w kriokomorze – prawdziwą moralność, etykę, ład społeczny itp.

Oczywiście, nośnikiem tych przechowanych prawd i wartości jest “Lud” – mityczne zwierzę publicystów. Ponieważ jednak samo sformułowanie może niepotrzebnie podlatywać zapaszkiem socjalizmu, to dano temu zastępczą nazwę “Zwykły człowiek”.

Rzeczony zwykły człowiek raczej ostrożnie podchodzi do wszelkich nowinek, hołdując moralności ukształtowanej przez dom i religię, często-gęsto prezentuje tzw. trzeźwe spojrzenie na mody i ewolucje, a już najpewniej szuka oparcia w tradycyjnej religijności przodków, stamtąd wywodząc wszelkie wskazówki dla swoich czynów i ocen.

Jest to oczywisty przykład myślenia życzeniowego, podobny do namiętnej wiary w szczęście w loterii państwowej.

Takie podejście zakłada statyczność postaw społecznych, wbudowane mechanizmy izolacyjne, trwale chroniące całość populacji przed zmianami widzianymi przez niektórych jako niebezpieczne i złowrogie.

Żeby było śmieszniej, jest to zmutowana wersja rosyjskiego XIXwiecznego antyokcydentalizmu. Tam opoką był car i religia, tutaj została tylko religia, zaś miejsce cara zastąpił intronowany samowolnie przez publicystów Wojtyła. Zwłaszcza po swojej śmierci jest postacią niezwykle wygodną, bo przecież już niczemu nie zaprzeczy ani niczego nie skoryguje.

Przejawem takich ‘antyokcydentalnych’ postaw i koncepcji są artykuły prawicowych [czy też prawackich] publicystów, namiętnie skupiających się na moralności i etyce społeczeństwa, rzekomo zagrożonej przez określone grupy. Oczywiście wszędzie za tymi grupkami czai się środowisko “Wyborczej” i wokółagorowe, z Michnikiem jako naczelnym knujem i psujem.

Taki był artykuł Terlikowskiego, na którym pastwiłem się czas temu pewien. Takież artykuły płodzi pan Semka, doprawiając to swoimi publicznymi wypowiedziami [kiedy słucham, to lękam się o stan jego tętnic i serca, tak biedny sapie].

Takiż artykuł spłodził był i niejaki Jan Pospieszalski, miszcz szczucia i przeinaczeń, władca opinii kreowanej poprzez swój paskudny program. [tak na marginesie - jakie to bolszewickie, nazwać program "Warto rozmawiać" , uprawiając w nim jednostronne ataki na niechciane zjawiska, kreując się na bezstronnego moderatora. Bolszewicy też nieustannie "walczyli o pokój"].

I o ile Terlikowskiego mogłem jeszcze czytać, choć krew się lała z nosa, to Pospieszalski doszedł do dna, wybił je i wytarzał się w mule i błocie. Kłamiąc, przeinaczając, poniżając i oplatając najzwyklejsze głupoty. To chyba cecha charakterystyczna dla neofitów każdej maści  – ich przesada jest tak wielka, iż są samą przesadą. Tedy dziękuję swojej głupocie wrodzonej, że moje przejście na libertariańskie szańce z okopów socjalizmu nie zniekształciło mnie w taki sposób – o chwała ci, tępoto ty moja! buziaczek ciepły.

Ale wróćmy do naszego Janka, co się gejom nie kłaniał. Trudno mi rozbierać ten tekst akapit po akapicie, bo będzie kobyła a nie wpis, a czytelnik potencjalny zaśnie po czwartym wersie. Dlatego pozwolę sobie na rekapitulację co smaczniejszych fragmentów.

Podstawowym założeniem Jana bez Skazy jest teza o spisku, chytrym, rozległym i uknutym nie tylko przez lewe środowiska kulturowe ale dodatkowo przez wielkie koncerny farmaceutyczne. To jednak później.

Najpierw mityczne słowo “legalizacja”. Trudno mi stwierdzić, czy Pospieszalski pisząc o tym postulacie, udaje durnia czy nim realnie jest. Jednakowoż stawiam ryzykownie założenie, że jest durniem, bo nie rozumie terminu “legalizacja” i jego prawnych konsekwencji.

To może dla specjalnie dla pana redaktora takie porównanie: kiedy rejestruję sobie nowy samochodzik, sprowadzony z Reichu, to dokonuję jego legalizacji. Czego konsekwencją jest możliwość nieograniczonego poruszania się owym pojazdem po kraju, ubezpieczenia mojej starej krowy od wypadku i odpowiedzialności za szkody, wykorzystywania do działalności gospodarczej [z wszelkimi istniejącymi jeszcze uprawnieniami podatkowymi].

Ergo: dokonując legalizacji otrzymuję wynikające z tego faktu pewne uprawnienia i korzyści.

I to chodzi tym złowrogim pedałom w Polsce – o możliwość korzystania z faktu, że ich związek został uznany przez państwo i prawo. Nie chodzi o plucie na religię, na heteryków, na dogmaty wyznawane prze katolików itd. Nie chodzi im o możliwość publicznej kopulacji, nakłanianie na siłę hetesów do zmiany orientacji, o ”deprawację” dzieci i inne debilne pomysły prawaków spod znaku krzyża i socjalizmu.

Chodzi im o możliwość wykorzystania wszelkich uprawnień, jakie posiadają heterycy związani przysięgą przed państwem – nie przed kościołem i religią! I heteryk-katolik, żeby jego konkordatowy ślub był ważny w Polsce, musi go powtórzyć przed urzędnikiem państwowym.

Chcą dziedziczyć, chcą korzystać z ulg, chcą korzystać ze współubezpieczenia, a może nawet i z prawa do emerytury po małżonku/partnerze. W taki sam sposób, jak stało się to faktem w Izraelu ostatnio, gdzie ichni ZUS uznał prawo lesbijki do emerytury po zmarłej partnerce.

No zgroza, prawda panie Janek?

Natomiast w żaden sposób nie idzie im o ochronę przed potencjalnymi nalotami byków w kominiarkach na ich mieszkania za sam fakt pozostawania w związku. Śmieszne – chyba Janek dokonał mimowolnie odsłonięcia swoich marzeń na rozwiązanie tego wrzodu na jego wizji świata. Palanciarstwo.

To jednak małe miki jest – dalej jest jeszcze rozkoszniej w głupocie.

Otóż pan ”redachtor” twierdzi, iż celem tech przemian [potencjalnych] jest zniszczenie cywilizacji europejskiej w obecnym kształcie, poprawienie Biblii chrześcijańskiej itd. Dlaczego? Otóż dlatego – i tu cytata – :

” U podstaw rewolucyjnej ideologii tkwi pogląd, że jesteśmy zdeterminowani popędem. Seksualność jako tożsamość, niemożliwy do powstrzymania przymus rozładowania erotycznego napięcia.Dewiza życiowa, która głosi, że libido i seksualność są silniejsze od wszystkiego innego. Skoro nasza cywilizacja ten żywioł opanowała, obwarowując religijnymi normami, skoro ochroniła tabu, dając sens pojęciom: wstyd, przyzwoitość i intymność, to trzeba to rozwalić”.

To wspaniałe czytać taki tekst i widzieć iście erystyczny zabieg – pan Janek włożył swoją koncepcję człowieka w cudzy światopogląd, dając do zrozumienia, że owe emancypacyjne zabiegi i starania to nic innego jak niedorosły brak kontroli nad własnym ciałem i pragnieniami.

Panie P. – to właśnie religia i etyka bliska panu twierdzi że popęd to zgroza, że libido nie obłożone tabu religijno-etycznym eksploduje i zniszczy wszystko wkoło, sprowadzając człowieka do nieustannie kopulującego zwierzęcia. To wy twierdzicie, że należy nieustannie odwoływać się do nakazów religijnych, bowiem inaczej jednostka nie poradzi sobie z własną płciowością.

To przecież jakieś zmiotki i popłuczyny po pierwotny freudyzmie, jakiś kolaż wczesnego Zygmunta ze średniowieczną, kruchtową koncepcją ”vagina dentata”, waporów i myszy lęgnących się ze zgniłych liści.

Emancypacyjne starania środowisk homoseksualnych zakładają, że człowiek jest dojrzały emocjonalnie i płciowo, decydując się na mityczną legalizację swojego związku z partnerem – zaś państwu nic do jego technik seksualnych w tymże związku.  Państwo traktując każdego obywatela jednako, jednakie prawa mu daje. Nie pytając czy heteryczny czy homośny jest.

Udawanie zaś przed opinią publiczną, iż państwo sankcjonuje małżeństwo heteryków bo oczekuje od nich płodzenia potomstwa, jest nawet nie kuriozalne – jest kłamstwem. Nigdzie w cywilizowanym kraju prawo nie stwierdza, że obowiązkiem i koniecznym dążeniem małżonków jest posiadanie/spłodzenie kolejnych ludzików.

Oczywiście, Janek pewnie by tak chciał – tylko zdrowi, zdolni do rozrodu mogą wchodzić w związki małżeńskie i wykorzystywać prawa im nadane przez państwo przy tej okazji. To kurwa jeszcze powołajcie do tego odpowiednią instytucję eugeniczną, która sprawdzi, czy nupturienci mogą się rozmnażać bez strat dla społeczności jako ogółu. Tylko, że takie coś już było – ponad 70 lat temu wstecz.

I na koniec smaczek jak ta wisienka na torcie – otóż wspierają pedalstwo przebrzydłe koncerny farmaceutyczne, propagując rozwiązłość za pomocą tabletek hormonalnych, prezerwatyw i szczepionek przeciw HPV.

Tego nie można skwitować inaczej jak nazwaniem obrzydliwym, plugawym kłamstwem, paszkwilem na ludzi jako ogół.

Bo przecież według Pospieszalskiego kobiety biorą antykoncepcję hormonalną, żeby pokładać się wielokroć z dowolnym partnerem bez konsekwencji. Mężczyźni zaś kupują prezerwatywy, żeby z obłędem w oczach kopulować z wszystkimi możliwymi kobietami. Zaś młode kobiety/dziewczyny szczepi się na HPV, żeby zwolnić je z więzów moralności i pozwolić znów na kopulację jak tylko jest okazja.

Człowieku, co ty za siano masz we łbie, żeby pisać takie głupoty? Urodziłeś się idiotą, czy z zacięciem bierzesz korepetycje w tej materii?

Pomijam kwestię pigułek i prezerwatyw – to kwestia wyboru a nie przymusu jakiegokolwiek. To kwestia odpowiedzialności i szacunku wobec partnera, nie zaś zachcianka nimfomanek i satyrów.

Ale za durnoty o szczepionce powinno się obić twój arcychrześcijański dziób. Nie za poglądy, tylko za nieuctwo. Kompletne, totalne i całkowite nieuctwo.

Szczepionka przeciw HPV, stosowana obecnie w kilku państwach, jest efektem takiego samego myślenia o zdrowiu obywatela, jak szczepionki przeciw grypie, o których co jesień trąbią w mediach. Zapobieganie jest tańsze niż leczenie. Dlaczego tedy nie oskarżasz tych od antygrypowych szczepionek o spisek? Mimo tego, że standardowa szczepionka przeciw grypie chroni przed wirusami z minionego roku? Przecież to jest wyciąganie kasy od obywateli. Nie wadzi to?

Ach, no tak – nie ma to wpływu na zachowania seksualne zaszczepionego.

I szczepionka przed HPV też nie ma. Ma chronić przed najbardziej zjadliwą formą wirusa, którą można w uśpieniu nosić, nie zapadając na żadne choroby. Zaś wirusa można odziedziczyć po matce, z porodu. Albo przez zwykły kontakt, a nie tylko płciowy. Akurat odmiana stosowana w szczepieniach chroni przed kilkoma odmianami z wielu, a nie wszystkimi, przed odmianami najbardziej groźnymi dla kobiet.  A ponieważ jest droga, to stąd koncepcja państwowych szczepień.

Pewnie gdyby wynaleziono szczepionkę chroniącą ludzi przed rakiem krtani i płuc, też byś był pan przeciw – bo i tak mogą palić, nawet po zaszczepieniu.

I tu się kryje odpowiedź na pańskie żałosne argumenty – to kwestia traktowania człowieka jako świadomego obywatela, jako jednostki zdolnej do odpowiedzialności wypracowanej samodzielnie i przy pomocy otoczenia. Dajemy człowiekowi szansę z góry, zarazem uświadamiając go o możliwościach w przyszłości – ale nie możemy go zmusić do tego, żeby zachowywał się tak, jak tego pragniemy. Żeby bał się naszych ostrzeżeń i zaleceń. I tak sam podejmie decyzję, co zrobi ze swoim życiem i zdrowiem.

To kwestia fundamentów pojmowania roli państwa, społeczeństwa i jednostki – wy nadal żyjecie w XIX wieku, przekonani o bezradności i niezaradności jednostki, jej wrodzonej głupocie i nieodpowiedzialności. Tylko państwowy nakaz, dodatkowo wsparty religijnym tabu, pozwoli człowiekowi przeżyć życie “dobrze”, z korzyścią dla ogółu.

To wizja społeczeństwa jako jakiejś wielkiej pieprzonej termitiery, gdzie wyselekcjonowani wiedzą, co ma robić cała reszta, karmiąc ją wskazówkami i podsuwając gotowe odpowiedzi i rozwiązania.

To państwo jako wszechogarniająca instytucja, przepotężny pater familias. Bo nie daj los, jeden z drugim sam dokona wyboru, sam zdecyduje. A wiadomo – wybiorą źle.

To dlatego tak nieustannie walczycie z widmową rewolucją gejowską – bo nie umiecie zrezygnować z wiary w konieczność państwowej kontroli nad ludzką prywatnością. Bo wygodnie jest wam przypisywać tej grupie społecznej wszelkie amoralne zachowania, nie szukając skrajniejszych postaw w zdrowym moralnie – rzekomo – środowisku heteryków. I nie łudź się pan, że nie dokonuje się sekularyzacja społeczeństwa – ona jest faktem. Przejdź się człowieku na dowolną dyskotekę czy do klubu w łikend a spotkasz wielu heteryków skoncentrowanych na pragnieniu bzyknięcia innego heteryka. A potem w niedzielę zajrzyj do kościoła na mszę – spotkasz ich tam również. To jest ta wasza sekularyzacja – pogaństwo spowite kadzidłem. Tam nie idzie o odrzucenie religii jako  takiej – to zsekularyzowana moralność hipokrytów.

Ale ja ich nie ganię. Ich prawo, dokonali wyboru. I nigdy by mi w głowie nie postało, żeby ogłaszać przeciw takim ludziom larum, wytykać ich jako zagrożenie. Tyle, że ja jestem zajebiście inny, więc i nie ma problemu.

Ta walka kultur to nie spór postaw etycznych, konkurencja wyborów moralnych, proces wartościowania. To walka o kontrolę: nad człowiekiem, nad językiem, nad myśleniem. To walka o kontrolę władzy – bo w chwili kiedy państwo przestaje się zajmować religią i moralnością, nie faworyzując jednej postawy religijno-etycznej – traci ważny fragment władzy nad jednostką. Musi przestać być nieustannym nadzorcą, a wejść w rolę współuczestnika. A to takie trudne i niebezpieczne  z waszego punktu widzenia – bo przecież brak bata to brak samokontroli.

To pewnie przedstawiciel waszego świata otruł mi kota – bo tak. Bo mu ten kot przeszkadzał. I musiałem patrzeć jak kot zdycha, bo nie było sposobu na ratunek. Bo kot sobie łaził po osiedlu, zaglądał do piwnicy szukając myszy, które się tam zalęgły, bo trzymacie chuj wie co w tych komórkach z drewnianymi drzwiami.

A po otruciu obywatel pewnie zasnął z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku – coś, co nie mogło być kontrolowane, zostało wymazane z obrazu świata. I z miejsca ten świat lepszym się stał.

Tacy i wy jesteście – wierzycie, że jeśli coś wymażemy z obrazu świata, zasłonimy, zabronimy – to zniknie ten brzydki niepokojący kiks w wizji świata. Cuchnie to okrutnie, cuchnie pod niebiosa. I sami sobie odpowiedzcie, czym cuchnie.

…….

Tekst niejako powstał na zamówienie, na prośbę. Sam już zrezygnowałem z polemik z jankowymi, ale okazało się, że jest jednak potrzeba pisania. Choćby dla jednego czytelnika. Mam tylko nadzieję, że gówna nie spłodziłem.

…..

To są moje wakacje. Publicystyka amatorska. Wiara w sens mówienia tak, a nie inaczej. Innych wakacji nie będzie.

…..

Dobranoc, robaczki [jak pisał Konwicki]

lipiec 14, 2009

i pięć…

Och teraz wszyscy będą jeden przez drugiego, ne?

Więcej kurwa telenowel, więcej marnych aktorzynów.

A tutaj już można skreślać kolejnego. Chyba u Zanussiego to “wgrał” sobie taką śmierć.

lipiec 30, 2009

i sześć..

Zaszufladkowany do: Kulturnyje, duszoszczypatielnyje, muzyka — Stroeheim @ 10:31 pm
Tags: , ,

trzask-prask i po krzyku, jak mawiał dziadek Jacek…

sierpień 4, 2009

i siedem…

“Don’t let yourself get attached to anything you are not willing to walk out on in 30 seconds flat if you feel the heat around the corner.”

sierpień 13, 2009

i osiem…

To był zupełnie całkiem słaby pomysł. Trochę nie w porę.

No ale… pewnie tak się należy.

Czy ja rzeczywiście patrzę na takiego idyjotę?

sierpień 24, 2009

i dziewięć…

Można oszaleć, jak czasem na nic nie ma czasu, nawet na czas…

W morde.

wrzesień 4, 2009

i dziesięć…

Prawie że jubileuszowo, rwał twoją nać.

Bohater moich ostatnich dni:

Oby nie na stałe.

wrzesień 16, 2009

słowa światem

Zaszufladkowany do: Kulturnyje, duszoszczypatielnyje, jesień polska — Stroeheim @ 5:08 pm
Tags: ,

Tak z kołomyi się wyrywa skojarzenie z tytułem jednej powieści, kto chytry a mądry, ten znajdzie połączenie. Ale nie o mimowolnych konotacjach literackich, może nie dosłownie. Czasem największe wrażenie, największą radość sprawiają rzeczy kompletnie niespodziewane, zjawiska incydentalne, przedmioty okazjonalne. A czasem ludzka zdolność do kaprysów wybija z rytmu, ale dobrze wybija. Wybito mnie z rytmu, zaskakując całkowicie – ale zaskoczenie z gatunku “święty Mikołaj nie jest pedofilem, on po prostu lubi rozdawać prezenty”. Powód? oto powód:

Witold

Tak dla jasności, to ze mnie żaden fanatyk Gombrowicza, nie przetykam rozmów bon-motami z Witolda. Jeśli mówić o formie kultu, to ‘uwentualnie’ dla pana Giedroycia.

Więc teraz sobie się na siebie gapimy oba dwa, i jest przyjemnie.

No.

wrzesień 19, 2009

11 zwane orgazmotronem

Do Witolda, nieustannie podglądanego, do nieskończonego nadal Mishana, który tkwi na półce jak wyrzut sumienia, należy dodać jeszcze to:

1 Orgazmotron czytelniczy działa nad wyraz sprawnie.

No.

Następna strona »

Blog na WordPress.com.