Przegapiłem totalnie drugi sezon, odrabianie zaległości jest o tyle dziwaczne iż człowiek robi sobie kilkuwieczorowe sety, co z jednej strony pozwala maksymalnie skupiać się na fabule, ale pozbawia przyjemności czekania.
Jednak w takim rozwiązaniu jest również plus dodatni jak mawiał klasyk: tzw. pierdolnięcie finałem jest mocniejsze [tutaj ostatnie 5 minut finału]:
Wierzajcie mi, naprawdę jest to przezajebiście zacny serial, z mocnym aktorstwem. No i ten cały jazz.
PS. i tak sobie teraz dumam, czamu kurwa się nie chciało spróbowac grać na trąbce basowej?