1,2..32.. mick check

Do poczytania. Teraz: ”Jerzy Giedroyc – Czesław Miłosz. Listy 1952-1963″. 750 stron. Orgazm. Zasysa niesamowicie. Później: „Pokrzywione drzewo człowieczeństwa” i „Rosyjscy myśliciele” Berlina. Gniecie głowę. Bardziej później, a może jeszcze dalej: „Rachunek różniczkowy i całkowy” [ha ha… wiem]. Najbardziej później [jak się da]: „Jerzy Giedoryc – Juliusz Mieroszewski. Listy 1949-1956” [ale to ponad tysiączek drukiem, echa..].

Do posluchania. Teraz „Magma to ice” Nadji. Też teraz: „Sketches of Spain” Daviesa. Potem: „Forgiveness & Exile” Conelly’ego. Całkiem potem: „Low” Ondo.

Do patrzenia. Teraz: okno. Jak omijać śmieci i psie kupy [”Co robisz, chłopczyku?” – „Zbieram psie kupy”], to jest ładnie. Potem: „Stalker” – żeby wreszcie zrozumieć. Potem bardziej – może egejn „Hunger”?

Ubytki: 13 kilo [ ”sypie się pan, panie P.”]. Po półtorej D na każde oko.

Zyski: zdolność zasypiania w dowolnym miejscu i czasie, nawet w kolejce do okienka. Kolejny cot [ hopsgalopnik, nie oddzielający jedzenia od zabawy; głupiutki].

Nie, nie w czwartek rodzony. W niedzielę.

Teraz – spać.

Wiem, tak, tak… niekonsekwencja. „Mało casu, panie rezyseze, kruca fuks, mało casu”.

Reklamy