17 i pół albo i 3/4 czyli fanatyczna fantastyka

Zgodnie z założeniem, słowo się rzekło, kobyłkę trzeba do płotka przywiązać – dziś część druga opowieści o artefaktach od pewnego Mikołaja.

„Kultowość” to określenie, które niezbyt mnie zadowala w odniesieniu do pewnych dokonań filmowych = kultyści to najczęściej neofici, zżerani pasją puryzmu, zaś najgorsi z nich to nawróceni krytycy – tak filmowi, jak literaccy. Ale bądźmy miłosierni, skoro nastrój pozwala na taki gest.

To, co dla Scotta wydawało się być klęską reżyserską – oczywiście w oczach panów decydentów z biur – dziś jest właśnie klasycznym obiektem kultu. Z herezjami, wojnami wewnątrzreligijnymi i z innowiercami spod znaku serii T albo i A…. chamom z cyklu AvP niestety za wysoko próg ustawiono. I dobrze.

Jak każdy szanujący się kult, także i BR posiada zespół artefaktów, które są mniej lub bardziej pożądane, poszukiwane itd. Znaczna część z nich, to efekt masowej masakry konsumpcyjnej, ale co zrobić… wolę wyszczerzone kły kapitalizmu niż szary papier toaletowy demokracji ludowej [ktoś jeszcze pamiąta zwyczaj zbierania plakatów z herosami popkultury ówczesnej, plakatów z gazet kolorowych? gość, co miał dostęp do oryginalnych plakatów kinowych, zdawał się avatarem boga ;p ].

Czasem jednak można trafić na raryta, bo unikatowość unikatową. Oto artefakt numer 2:

I oto dochodzę do ściany dylematu: artefakt tego typu to artefakt przenośny, a tak szkoda go zużywać. Nosić dumnie, nawet w trumnie, czy też podkarmiać się wewnętrznie świadomością posiadania ?

Co nie odbiera obdarowanemu radości z obdarowania.