Pean od ciemnej strony księżyca

Dostałem zamówienie na tekst. Coś na kształt zlecenia. Szczęśliwie dla mnie [mniej dla zlecającego?] jest to chałturka non-profit ;p Co w konsekwencji w moim przypadku oznacza suwanie terminu narodzin w przedziale ‚7 dni-31 dni’. Jest to możliwe pod kilkoma warunkami: zlecający musi być nie nerwowy na tle zlecenia, zlecenie samo w jakimś stopniu musi włazić w obszar moich ‚ulubień’, żadnych dedlajnów, wolna ręka dla twórcy co do materii rozgrzebywanej.

Brak dedaljnu oznacza pozorny komfort życia bez brzytwy na gardle. Pozorny, bo przecież aby nie wyjść na buca z gębą jak cholewa należy w rozsądnym horyzoncie czasem zaprezentować tekst, starając się by okrzyk ‚voila!’ nie był zbyt głośny. I pamiętać trzeba, żeby tekst nie był ”ze szczotek” tylko wynikiem solidnej (w miarę) pracy.

Właśnie sprawdzam ostatnie ‚szczotkowe’ wersje, i idzie mnie to niesporo, to szykowanie tekstu zleconego.

[Mogę w ciemno obstawiać, iż zlecający w tej chwili czytania ma wskaźnik pasji na czerwonej kresce – za to po wielokroć wspominanie o zleceniu ;p].

Idzie mnie niesporo, albowiem aldehyd octowy i mrówkowy nadal znajdują się w moim organizmie, zwłaszcza w obszarze płatów czołowych. Moi drodzy Czytacze – nie kończcie wieczorów przy bordo rocznik 2007, jeśli wcześniej konsumpcja miała formę odmienną – nawet najlepsiejsze bordo nie uratuje Was przed kołataniem w czaszce.I żadna ilość kofeiny Was nie uratuje.

Lecz nic to, jak mawiał koleżka o nikczemnym wzroście.

Teoretycznie – betka. Siadam i dwoma paluchami wskazującymi wystukuję w kwadrans 2K znaków. Cóż to za wyzwanie dla typa cierpiącego na słowotok i adhd pisarskie, z manierą do zdań wielkrotnie złożonych? Żadne, prawdaż…

Tak, o ile o tyle. Teraz dopiero sobie uświadamiam, że zleceniodawca chytrze umieścił megatrapsa – zażyczył sobie tekst „o czymś przyjemnym a nie wkurwiającym autora„. No to kaboom.

Po szybkim przejrzeniu dotychczasowego dorobku, zaskowytałem boleśnie, uświadamiając sobie ogrom wyzwania. Bo i o czym przyjemnym ja mogę teraz napisać? No przyjemne to jest pierwsze zimne piwo pite, jak się człowiek rozplaszczy o kanapę w knajpie. Albo ustępujący ból głowy po 4 panadolu. Albo brak kolejki na poczcie jak ma się 12 firmowych paczek do wysłania „na wczoraj”.

To by było jednakowoż pójście na tzw. łatwiznę. Podobnie jak opowieść artefaktowa czy książkowa – to się nadaje na szortstrajki ale nie na pean. No hezus – pomyślałem w rozpaczy – przesz ja jestem jak pomarszczony goblin, co siedzi w kącie i ma za złe wszystkim wszystko. Pan Duże Nie.

Nie jest to wyzwanie z kategorii szkolnej akrobacji wrześniowej na rosyjskim, gdzie człowiek dostawał jako pracę domową temat wypracowania „Kak Wy prawieli letnije kanikuły?” – po czem szparko w domu przepisywał wersję zeszłoroczną, zmieniajac uczciwie tylko imiona kolegów z wakacji i miejsca pobytu. To nie przejdzie, nie z tym zleceniodawcą.

Pean, hmmm.O czymś przyjemnym, hmm. Może to? Nie, to nie.. tamto też nie.

Dobra, to pojedziemy po całości. Czy może bardziej precyzyjniej – ja pojadę, a Czytacze będą mogli sobie podśmiechujki mniej lub bardziej otwarcie porobić.

Ostatnio doszedłem do wstrząsającego wniosku, że przyjemne jest…. życie na tym moim zadupiu. Na tym moim wygwizdowie, wschodniej dziczy, gdzie zimą białe niedźwiedzie napadają na emerytów przy skrzyżowaniu Sienkiewicza z Wojska Polskiego. Gdzie diabeł przestał mówić dobranoc, bo nikt kudłaczowi nie wierzył. Gdzie internet nadal jest szybki tylko dzięki łaskawości tepsy. Gdzie w sklepach czasem częściej spotkać można kolejkę braci ze Wschodu, niż tubylca.

Po tylu latach, wędrówkach tu i tam po naszym kochanym kraju za chlebkiem, doszedłem do konluzji, że tutaj jest słoneczne miejsce lęgowe [tylko mi bez skojarzeń, to zabawy kontekstowo-literackie są]. Naprawdę.

Jeśli tylko zdołamy zdusić w sobie wymagania XXI-wieczne, a zgodzimy się na realia drugiej połowy minionego wieku, z dodatkowo wyskakującym znienacka kolorytem lokalnym iście XIX-wiecznym – można żyć i odczuwać przyjemność z tego życia. Będę uczciwy jednak wobec odbiorców – trzeba pochodzić właśnie stąd. Najezdnym, zwłaszcza tym z fumami wielkomiejskimi – odradzam. Również pojebom płci wszelakiej, którzy uwierzyli w opowieści w stylu „Ranczo Wilkowyje” czy „Dom nad rozlewiskiem” – rozkosznego tjukania to wy  tutaj, robaczki, nie znajdziecie. Najwyżej jakowyś lokalny cwaniak zrobi was w bambusa, wykorzystując waszą naiwność nakarmioną popkulturową papką.

Lecz kiedy gotowi jesteście zaryzykować, odrzucić stereotypowe wyobrażenia, zarazem nie tracąc rozsądku i sporej dawki ostrożności  = zalecam spróbowanie. Może niekoniecznie już w moim Zadupowie, bo nie zniósłbym wzrostu populacji, wzbogaconej dawką poszukiwaczy polskiej mutacji „Przystanku Alaska” [bobry też mamy, i sarny, nie mamy renów tylko, bo łosie się zdarzają ‚p]. Nadmiar ludzi wywołuje paskudne odruchy 😉

Co może być przyjemnego w życiu na zdechłej prowincji? Nie odczuwam potrzeby uczestnictwa w wyścigu szczurów, w każdej jego wersji [nie skazując zarazem uczestniczących na potępienie], bo tutaj nie ma do czego napierdalać biegiem… ewentualnie do odjeżdżającego pospiesznego IC, jak ktoś lubi wsiadać na Cybulskiego.

Zapewne ma to coś wspólnego z teoriami mikrostruktur społecznych i grup ale jestem tak cienki z socjologii, że nie będę podskakiwał. Coś jest jednak uspokajającego w życiu w populacji ciut poniżej 7 K. Być może ewolucyjne szczątki kulturowe i psychologiczne odzywają się w ten sposób, ale świadomość że znamy mniej lub bardziej kilkaset osób z własnego otoczenia pozwala poczuć komfort psychiczny i daje pozór kontroli nad przebiegiem wydarzeń. Co z jednej strony wynikuje spokojniejszym tempem życia, a z drugie daje komfort takim paranoikom jak ja.

Moja codzienna dawka „dzieńdobrów” wynosi gdzieś dwa tuziny. Przy czym ten „dzieńdobre” nie są wynikiem zwyczajowego gadania, bo coś tam trzeba z paszczy wydusić. Owe ‚dzieńdobre’ są skierowane do ludzi, od których kupuję poranne buły śniadaniowe od lat 10, do pani gazetowej, co znam jej całą rodzinę w 3 pokolenia, kiedy można pogadać o kotach. „Dzieńdobre” do sąsiadów z osiedla i bloku, z których potomstwem człowiek ganiał w berka w głębokiej przeszłości, ewentualnie trafił kamieniem w łeb przy wojnach ”osiedle vs. osiedle”. Magiczne ‚dzieńdobery’ i ‚dobrewieczory’ to właściwie podstawa komunikatu.

To w tym zadupiu stojąc do kasy w supermarkecie mogę spotkać burmistrza swojego grajdołu, i w ramach dnia ochrony zwierząt oraz potworów przepuścić go w kolejce, międląc w głowie po cichu inwektywy pod adresem polityki drogowej mojej waadzy. To w tym zadupiu klepsydra oznajmiając wzrost przychodów księdza proboszcza, najczęściej kojarzona jest z ludzką postacią. Tutaj nawet zgon nie jest jeszcze anonimowy. Podobnie ma się rzecz ze ślubami, chrzcinami, rozwodami, romansami = największa dyskrecja uczestników procesu/czynności nie zagwarantuje im anonimowości dożywotniej 😛  Co jednakowoż pociąga za sobą duży poziom tolerancji na wszelkie ludzkie słabości i skłonności.

To w tym grajdole człowiek kupuje gazety i papierosy od tej samej pani gazetowej przez ostatnie 15 lat, i w chwili zamknięcia przez nią biznesa czuje się lekko wystawionym do wiatru – bo przecież trzeba przeemigrować z teczką do innego punktu sprzedaży, gdzie nie wiadomo czy wszystkie naszego zapotrzebowania będą zrealizowane.

To w tej dziurze w innym punkcie sprzedaży miła pani odpowie na moje durne pytanie ”tak, kupował pan już ten miesięcznik’ lub „nie, tego numeru pan jeszcze nie kupował” – bo wie dobrze, że akurat ten miesięcznik kupuję tylko u niej, u nikogo innego.

To w tej norce prowincjonalnej mam licealnego celnika, policjanta, strażaka, strażnika granicznego itd. – i zgadnijcie jak człowiek żyje z takim zapleczem znajomości.

To tutaj miejski spacer zajmuje całe 30 minut od rogatek do rogatek miasteczka. Ale jak przyjdzie fantazja to w niecałe 30 minut przemieszczam się do kilkusettysięcznego miasta, gdzie jeśli przyjdzie ochota mogę mieszkać spokojnie, jak kilku moich znajomych już uczyniło.

I jakoś tak się dziwnie składa, że każda pora roku tutaj jest jak z czytanek drugoklasisty: zimą mróz dupę ściska, wiosną można oszaleć od słowików, latem upał wypala mózg a jesienią narpiew jest wszystko czerwonożółte, a potem napieprza deszcz.

I chyba tutaj jest przyjemnie. Nawet bardziej niż chyba. Z całą świadomością moich prowincjonalnych smarków, gumofilców i zarzutów o wschodni akcent. Trudno, na mistera roku i tak nie zamiarowałem startować.

Może czasem żyjemy z lekka jak Taplarscy ale nie muszę dopłacać za klimatyczne, i urlopowe. Jeśli tylko człowiek nie chce mieć Njujorku, nie cierpi na syndrom sraczki cywilizacyjnej = żyje w miarę przyjemnie. Bo nie może być totalnie przyjemnie – wtedy nie będzie wiadomo czy już jest przyjemnie czy było przyjemnie i nie wróci.

…………..

Nie mam pojęcia czy zlecający zaakceptuje tekst. I dowiem się dopiero w nowym roku kalendarzowym, hłe hłe.

…………

Na przyszły rok tym co zgubili – żeby znaleźli, tym co stracili – żeby odzyskali albo zaakceptowali stratę, tym co szukają – żeby przestali znajdując. Zadowolonym utrwalenia stanu zadowolenia, malkontentom powodów do narzekań, mądrym zmądrzenia większego, głupim – czapki z dzwonkiem.

Dobrej nocy.

Reklamy

Komercyjnie naładowany fanatyzm

Z dzikim uporem „walczę”  z wpisem [‚blognotką’ phyy] Orlińskiego z wczoraj o chujowiźnie decków i lapsów opartych o linuchy i windozę oraz o wspaniałości makówek i softu speszalkriejted pod ten typ. Sam wpis orliński klasycznie, nica mnie nie dziwi nadmiernie, natomiast dyskusja jest już z deka męcząca. Przypomina przepychanki polityczne w tym jęczącym kraiku.

Z dupy zdaje mnie się ten spór/konflikt makowców z resztą świata, będący równie zdupnym jak nieustanny napierdolnik pomiędzy linuchami a windozowcami. Wszystkie strony gotują własne jądra we wrzątku, byle tylko bronić honoru własnej marki/softu.

Irytująca u Orlińskiego jest maniera pisania w stylu wyższości konsumenckiej „wy tam na pecezetach to jesteście w krzemieniu pasiastym bo nasze Jabłko to robi wszystko i jeszcze więcej, a dodatkowo my nie musimy się męczyć pojmowaniem”. Że niby nica mnie nie interesuje, co mam pod maską, bo to ma mnie samo grać i buczeć jak należy. Apple uber alles.

Okiej, mnie tam wsio rawno, jak śpiewał jeden zając z Moskwy. Ale ciężko jest słuchać/czytać popierdółek w stylu ”na makówkach to problem wirów nie istnieje, a pecetowe antywiry jebią po systemie że ledwo sapie, linuchy zaś to w ogóle zdupiste są bo trzeba wszystko ręcznie itd. i jeszcze jakieś sztuki z aptgetowaniem, kernelowaniem i ple ple nic nie chce działać” albowiem ”apple pstryk i myk”.

Ponownie okiej, tylko że ja nie za bardzo chwytam przekaz. Bo nie pojmuję wyższości owych makówkowych wianków nad zębatkami windozy czy trybikami linuchów.

Osobiście lubię wiedzieć, co „mam pod maską”, więc nie jest mi obojętne co korpora zapodała mi z pełnym instalem systemu. Wszelkie windozowe pseudozabezpieczenia wywaliłem, łącznie z mitycznym murem. Zainstalowałem namiastowo darmowego [o matko! apple tego nie robi! nic za darmo] antyvira na decku i na lapsie = i jak rany, przez ostatnie 4 lata miałem DWA alerty o wirusie, i jedną próbę instalacji. Muszę zaś przyznać się bez bicia, że odwiedzam w sieci takie norki, gdzie łatwo o syfa, i łatwo go przywlec do domu – a jednak zdrowym do dziś.

Z linuchem było troszki inaczej, bo przed romansem uważałem całą sprawę za magicznie bleblanie dla maniaków programowania, pryszczatych spasieńców 😉 Dałem się jednkowoż namówić na romans z linuchem i jest gites, tak jak było gites. Jedyny ból jaki miałem to krzaki z siecią, bo Ubuntu nie widziało po ludzku mojej neostrady via modem USB… co w sumie nie dziwi, bo to kurwa technologicznie jest archaik już dziś, ale to tepsa rozdaje karty w regionie i nica na to nie poradzę. Więc z linuchem i neo musiałem powalczyć, i działało choć ze zgrzytaniem. Dopiero jak wyjebałem cały ten usbowy szit i postawiłem sobie wdzięczny ruterek – ubuntu po odpaleniu nawet mnie nie informuje że jestem podpięty do sieci.On się podpina i już.

To samo robi vistowo opleciony hapek, odpalany co ranka – znów windoza działa, sama się łączy, widzi i wifi,  i bth, a jakbym miał dziki kaprys to jeszcze nawet  mam 4 wolne porty usb. I zrobili to na lapsie opartym pod windę – niewiarygodne.

Co mnie się apdejtuje to tylko za moją zgodą, pasma je tyle co sikorka. Fakt, jak podnosiłem jajco na Matce do ostatniej wersji Ubu to pasmo troszkę zdyszane było. Ale to wszystko z mego lenistwa bo nie chciało mnie się płytki zamawiać. Wiem, wiem w makówkach ten problem nie istnieje.

Co by było jasne – na windozach i linuchach znam się szczątkowo, to bardziej na zasadzie dłubania z ciekawości wrodzonej doszedłem do wniosku że windoza i uboza pasują mnie idealnie, nie szkodzą, nie gryzą itd.

Fakt, znajdzie się człowiek, który wskaże na mnie palcem i powiem ‚bad puppy, liar’ – rzeczywiście kląłem kiedyś swojego xp-eka za zwieszki i inne zmuły. Z własnej winy: należało wypierdolić poinstalowane przez lata nakładki i dodatki, więcej problemów nie było. Ach, no i regularnie czyścić wszystkie dyski ze złogów.

Wiem, wiem w makach tych problemów nie ma nic a nic. Tam pewnie nawet dysku twardego nie trzeba sobie sprzątać, bo makówa sama po sobie sprząta.

Miałem itjunsa do grania muzy głównie. I stwierdzam śmiało – to kaszanka jezd. Straszny wodotrysk, który żarł mi pamięć jak żaden inny program. I oczywiście kąsał się z innymi równolegle pracującymi aplikacjami. Wiem, wiem = to dlatego, że nie miałem orginalnego makowca, wtedy by cacy było.  To ja wolę fjubarkiem sobie pograć – mało waży i jest spokojnie zrobiony.

Sumując to wypominki – teksty o makowcach w wykonaniu Orlińskiego przypominają mi fanatyzm konsumencki: „tak bardzo kocham swoją markę, że wszystko co robią jest przefajne a ci, co nie mają gówno się znają”. Taki mały snobiźmik: a wy paździochy i kiepskie, co nie zarabiacie tyle kilo co ja, i nie kupujecie od apla to właśnie paździochy jesteście z dziwnymi upodobaniami i problemami będącymi konsekwencją waszych wyborów konsumenckich, wy biedota wy.

Ciekawe.

Decka Matkę mam składaka, lapsa HPka, dysk przenośny Seagate’a, mp3plejera jakiegoś nołnejma za śmieszne grosze. I wszystko mi jakoś działa, za bardzo w dupę nie kopie [ba! nawet już zapomniałem jak kopało], i żadne nie jest wycacusiane-milusie z miłości do superkorpory co robi wszystko pod swoich juzerów-klientów. Kupiłem bo mnie to potrzebne jest do pracy i/lub rozrywki. I jest estetyczne wizualnie, tak hardłerowe kształy jak sofłerowe  formy, zwłaszcza ostatnie Ubu. To co ja mam jeszcze chcieć?

Ach, no i jak wzrośnie mnie IQ to może nawet sam sobie coś pod swoje ubu napiszę, jakiści fajny program splątany – i nie będę czekał aż akurat dezajnerzy i menadżery od korporacyjnej mamusi uznają że juzerowi się to przyda? No ale to nie będzie makowiec.

Nie lubię kilku rzeczy : ciepłej wódki, basujących beemek z przyciemnionymi szybami, yorków i fanatyków. Ideologicznych, religijnych i konsumenckich.

Jednak jako paździoch z prowincji, nie czeszący tyle kilo co pan redaktor jestem poza nurtem rozważań i uważań, bo marny ze mnie kultysta konsumencki. Co w konsekwencji efektuje zlewnym sikiem pana redaktora w moim kierunku.

Chyba popadnę w smutek czy co? Bo mam windę, lubię linucha i nie używam ajfona oraz itjunsów.