Bajka co nie edukowała czyli Dukaj odszczepieniec

Istnieje przypisywana Puszkinowi anegdota o tym, jak to zwiedzał galerię obrazów. W podziwianiu kunsztu przeszkadzał pisarzowi miejscowy szewc, który z wielkim znawstwem komentował wszystkie błędy i uchybienia, jakie widział w poszczególnych portretach i pejzażach. Zirytowany Puszkin dowiedziawszy, jakim zawodem para się krytyk malarski, doradził mu w uprzejmych słowach, by obszar krytyki ograniczył do butów, namalowanych na obrazach.

Chyba każdy zna takich „krytyków”, znawców wszystkiego. Kiedyś to byli tzw.fachowcy, teraz są to niezależni eksperci, samomianowani krytycy sztuk wszelakich, specjaliści od ekonomii, prawa, medycyny itd. itp. Piszący te zdania również miał okres „posiadania własnego zdania w każdym problemie”, co częściej było potem powodem do wstydu, niż przyczyną chwały. Szczęśliwie, zwierzątko ekshibicjonizmu umysłowego zostało poskromione. Lecz mnie zostawmy sobie na lepsze czasy, jeszcze będzie co obgryzać.

Skłonność do takiej wspomnianej „szewskiej krytyki” została rozdzielona statystycznie równomiernie pomiędzy społeczeństwo, jednak zjawisko ewolucji kultury i mediów powoduje zagęszczenie zainfekowanych osobników na wąskim obszarze. Mam takiego pecha/szczęście spotykać owe natężenie częściej po prawackiej stronie mediasfery, niż po centrowo-lewicowo-lewackiej. Pewnie dlatego, że częściej bywam po tej prawackiej.

Nieodzownie radości i materiału do przeżuwania dostarcza mi niezastąpiona „Rzeczpospolita”. W dzisiejszym numerze rękami i klawiaturą nadwornej krytyk sztuki rozprawiono się z Dukajowym „Wrońcem”. Solidnie się rozprawiono, rzetelnie i po stachanowsku, robiąc jakieś 200% normy przypadającej na krytyka. Albowiem azaliż pani Małkowska krytykiem literackim została in pectore [nic nie znalazłem na taki temat w jej biografii], będąc krytykiem sztuki w realu. Ciekawe, czemu Masłoń nie zaoliwił pióra, i nie dał równie solidnej oceny?

Zapewne niepotrzebnie się martwię, gdzieś tam już powstaje kolejny bat na dukajowe dziełko i Masłoń nie pozostanie w tyle, odpadając od awangardy rewolucji. No panie redaktorze, pan wypije szklankę wody to czkawka przejdzie !

Wróćmy, bracia i siostry. Tytuł mówi wiele „Mroczna bajka z naiwną formułą”. Już jesteśmy ustawieni, już sobie mamy myśleć.

W sumie powinienem odpuścić sobie rozbieranie tekstu na czynniki pierwsze, bo jest on krótki, nim zacznę, kończyć będzie trzeba. Tyle tylko, że całość ma mało wspólnego z rzetelną krytyką literacką, a jest opowieścią o tym jak jednej pani się nie podobało i nie zrozumiała, po co to wszystko.

Jednak nie można oszczędzać przy pisaniu świńskozjadliwej riposty [wiem, wiem, mezalians dla psa], i cytatą się podeprzeć. To dajmy sobie dwa najciekawsze i idźmy dalej:

„….Ani bajka, ani fantasy. Dziwaczna, pogmatwana fabuła naszpikowana politycznymi aluzjami. Bez wdzięku, humoru, oddechu”.

„…we ‚Wrońcu’ z jednej strony mierzi mnie naiwność fabuły, z drugiej – uderza fałsz. W akcji,metaforach, języku. Przede wszystkim jednak nie rozumiem, czemu służy bajka osnuta wokół stanu wojennego? Przywołaniem grozy i groteski tamtego czasu, rozliczeniu z PRL-owską schedą, rozprawieniu z własną przeszłością? Z książki cel nie wynika”.

Hmmm…. no tak. Od czego należy wyjść żeby do takich stwierdzeń dojść?

Trudna to sztuka, zabić gołą dupą kruka – oto przykład bajki rymowanej, ludowej i starej. Trawi mnie nieodparte wrażenie, że pani redaktor chyba gatunki literackie pomyliła, bo mam silną wątpliwość, czy „Wroniec” to gatunkowo bajka. Z definicjami trudno walczyć, ale prościej jest zapytać autora dzieła, czy to bajka czy też coś innego. Chyba Dukaj zdołał już udzielić odpowiedzi.

Co do samej naiwności – skoro adresatem bajki jest odbiorca dziecięcy, to chyba głupio oczekiwać fabularnej gęstwy na poziomie Kate Koja? Konstrukcyjnie bajka musi reprezentować poziom możliwy do percepcyjnego ogarnięcia przez odbiorcę. Skoro zaś podstawowym celem jest edukacja i moralna wskazówka – to trudno by sama bajka była skierowana do 40latków, nieprawdaż pani redaktor? Choć jak patrzę na polskie wybory polityczne to wszyscy żyją bajkami. No, dość aluzji!

Przywołuje pani łaskawie wiek autora w dniach mroku i nocy stanu wojennego – cholera, też taki wtedy byłem. Nawet bardziej podatny na bajkową naiwność niż ówczesny Dukaj, bo ciut młodszy, więc domagający się prostszych obrazów i jasnych tłumaczeń, jeszcze mniej pojmujący świat dorosłego zwierza.

I choć Dukaj odżegnywał się [poprawcie mnie, jeśli się mylę] od wiązania bohatera „Wrońca” z nim samym, to mimo wszystko, kieszonkowi krytycy wiedzą lepiej niż sam pisarz. Lepiej znają ówczesny dukajowy świat realny i dukajowe pojmowanie tego, co widzi.

Betka, sprawa, ostatecznie krytyk jest od tego żeby wciskać pisarzowi dziecko w brzuch, niech i tutaj sobie pofolgują. Problem leży gdzie indziej –  jak widać po podejściu pani Małkowskiej dla niej ważniejsze jest coś innego „twórco, jaki miałeś CEL?” Więcej nawet – ”pisarzu, komu to ma służyć?”

Bajka to forma prania mózgu dzieciom, społecznie akcpetowalna, pedagogicznie skuteczna [podobno, nie mam dzieci, nie wiem jak praktyka mówi], celowo wpajająca małoletnim kanon moralny, przestrogi życiowe itp. Lecz przecież nie na sucho, nie poprzez rycie w dziecięcym białku mózgowym [buddyjskie dżataki pomijam w rozważaniach, bo trochę to inny obszar kulturowy i inny cel samej bajki] – lecz przez nomen omen bajkową onirię, fantastykę, uzwierzęcenie problemu itd. Rzadko kiedy bajka staje się polityczno-historycznym omówieniem przeszłości, z propagandowo-edukacyjnym celem. Jeśli już, to w krajach i ustrojach, gdzie władza potrzebuje tak mitu powszechnie znanego przez społeczeństwo, jak i stara się od kołyski modelować myślenie swoich obywateli, kontrolując nawet krainę bajek. To robiono w napoleońskim cesarstwie, to zdarzało się w przedwojennej Polsce w kulcie Marszałka.

Wszystkie społeczeństwa mają tzw. mity założycielskie, które są powodem konfliktów politycznych, podziałów w społeczeństwie, przyczyną identyfikacji kulturowej i emocjonalnej i takie tam inne jeszcze.

My w Polsce mamy stan wojenny. O którym właściwie można mówić jedynie z patosem, na kolanach, twarzą w łzach i pięściami zaciśniętymi żeby WRONie dopierdolić ukradkiem. Żadna inna perspektywa nie jest dopuszczalna, tzn. można jeżeli ktoś lubi w konsekwencji skowyt powszechny w tonacji oburzenia, zarzut zdrady, niepolskości i w ogóle dramat w szlamie.

Mit założycielski stanu wojennego wymaga od pana Dukaja żeby opisał to strachem i patosem, żeby zakreślił dziecięcem odbiorcom z socrealistyczną łopatologią scenę i bohaterów, jednoznacznie zdefiniował konflikt, wywiódł nam niemal mitologiczną dychotomię złego Jaruzela i dobrej panny „S”, zaś wszystko to uczynił przystępnym tak dzieciom, jak i rodzicom. Tak ma wyglądać opowieść o tych mrocznych dniach. Inaczej nie wolno.

Ja sobie myślę, że nie wolno traktować tak dzieci jak i rodziców jak debili, pani Małkowska, samodzielna krytyk/krytyczko [?] literacka. Po to dzieci mają rodziców, by ci zdołali pociechom objaśnić zawiłość i niezrozumiałość dukajowych Milipantów i Bubeków.

Jeśli Dukaj chciał stworzyć coś na kształ bajki o stanie wojennym – to zrobił to i basta. Zrobił dobrze, bo przesz kurwa mać – chyba nie żyjemy w micie, że siedmiolatki miały oporniki wpięte w fartuszki z muchomorkiem?! Albo popierały partię czynem i zjadały kisiel przed terminem na podwieczorek?

Wkurwia mnie [tak, nie mam zamiaru przestać przeklinać] jeśli przy każdym, odbiegającym od prawackiego kanonu, dziele odnośnie stanu wojennego, PRL-u czy konspiracji zaczyna się płaczliwo-histeryczny chór oszołomskich oceniaczy.

Według tego popieprzonego podejścia Dukaj we „Wrońcu” ma się ostatecznie rozprawić z mitami nad stanem wojennym, jasno określić złych i dobrych, prosto i klarownie opisać tamten czas, ba! ewentualnie rozprawić się z własną przeszłością [jaki …uj?] i co tam jeszcze prawaccy wieszczowie chcieli by wtłoczyć w dziecięce mózgi.

Nieważne, że tamto stanowojenne dziecko rzeczywiście mogło podług dukajowego Adasia tak słyszeć i widzieć, rozumiejąc przy tym jeszcze mniej. Bać tego, unikać tamtego a tęsknić za czymś jeszcze innym. Nieważne, że Dukaj nie służy nikomu innemu poza sobą samym i ewentualnie redaktorowi z wydawnictwa.

To nawet nie jest chore podejście, to jest popierdolenie do kwadratu a może i sześcianu. Prawacy skupieni wokół Rzepy, Wprostu i paru innych gazet we wszystkim widzą ideologię, w każdym beknięciu kultury i popkultury dostrzegają intencje polityczne i wybory. Niczym się to nie różni od sowieckich bolszewików lat 30tych i 40tych ubiegłego wieku, kiedy wszystko co się działo, było polityczne. Wszystko mam mieć drugie, polityczne znaczenie i pochodzenie, wektor światopoglądowy.

Pewnie gdyby Dukaj napisał „Wrońca” gdzie dzielny Adaś jeszcze w przedszkolu zakłada komórkę „Solidarności”, a potem dzielnie walczy z ubecją i komuchami oraz miększymi z opozycji, wpinając opornik w fartuszek, co wieczór słuchając RFE, modląc się wieczornym paciorkiem ‚Ojczyznę wolną racz wrócić nam Panie…” – to Dukaj byłby godzien wtedy słodkiej recenzji, jasnej recenzji i zachwytów.

A tak Dukaj to odszczepieniec jeden, dzieciom napieprzy tylko w głowach.

Finiszując, coś pani grafik Małkowska wspomina o zachwytach krytyków nad ‚Wrońcem’, porównaniach do McCarthy’ego – pierwsze słyszę, ale ja ze wsi jestem, to gówno wiem. Jedno co słyszałem, to porównanie do Gaimanowskiej „Koraliny”, „Wilków w ścianach” z ich opracowaniem graficznym. I składam hołd porównującemu – bo trafił. Ale pewnie pani nie lubi tego, tak jak nie lubi ilustracji Jabłońskiego za ich nibyBurtonowskie podobieństwo.

OK, to ostatnie nawet jestem zdolny zrozumieć, skoro jest pani dyplomowanym grafikiem. I chyba na tym powinna się pani i pani podobni zatrzymać, pamiętając radę Puszkina dla szewca, żeby pozostał przy bucikach.

Bo inaczej mamy sytuację, kiedy nie można odetchnąć nawet nad katafalkiem mitu założycielskiego, żeby przypadkiem nie zdmuchnąć zniczy tam płonących.

I nie ma Dukaj wyjścia – musi poprawić „Wrońca”. Niech wzorem mu będzie „Timur i jego drużyna”. A pani Małkowska zrobi odpowiednie grafiki do wersji poprawionej.

Obłęd.

………….

Gdyby ktoś mniemał albo i nie mniemał – Dukaj mnie ani ziębi ani grzeje. Nie klękam przed nim z zachwytu, ni nie domagam się cudów na kiju. Nie pracuję dla żadnego wydawnictwa, dla żadnego redaktora. Zero tzw. interesu.

Siadłem do pisania tego tekstu, bo poziom absurdu, bezhołowia i niekompetencji został przekroczony, jak na mój gust.

Co do moich umiejętności i zdolności, uprawniających mnie do pisania o tym i w ten sposób, jak powyżej – nie posiadam żadnych, jam prowincjonalny prostaczek. Tylko trochę przeczytanych książek robi za mój cały dyplom studiów wyższych.