widoki z piwnicy przyjemniejszymi

Tylko masochiści i plotkarze mogliby odczuwać radość z komentowania wydarzeń krajowych i zagranicznych.
Powody takiej oceny są proste jak konstrukcja cepa: zjawiska zagraniczne są za daleko, by wpływać [pomijam sławetny ”kryzys”, który jest niczym innym jak ratowaniem własnej dupy za cudze pieniądze] na nasz kraik. Zaś krajowych komentowanie nie ma większego sensu i celu. Czemuż ach czemuż?
Ano temuż, iż każdorazowa analiza czy polityczna czy socjologiczno-politologiczna czy prawna, jest poruszaniem się po zeszłorocznym lodzie.
Dowody? Wizyta ”Woca” Lecha „A brata można?” Kaczyńskiego w województwie gruzińskim: mija niemalże tydzień a wersji wydarzeń jest więcej niż mniej, choć zasada myślenia redukcyjnego pozwalałaby osiągnąć poziom 2, maksymalnie 3 wersji.
Natomiast każdorazowe chrząknięcie w jakimkolwiek kontekście wywołuje lawinę następnych wystąpień, przemówień, zachowań. Nic w ich zaistnieniu nie byłoby dziwnego, gdyby nie skala tych zachowań, ich rozmiary emocjonalne i słowne obudowanie.
Truizmem jest powtarzanie iż ”miszczem” takich numerów jest człowiek piastujący stanowisko prezydenta.
Tak, dla mnie jest to „człowiek piastujący stanowisko prezydenta”, nie jest natomiast godny miana Prezydenta RP. Całe jego zachowanie dotychczasowe to jakaś pokraczna i zmutowana wersja starego powiedzenia ”państwo to ja”. Te nieustające próby konstruowania swoistego ”rządu na wychodźstwie”, otaczanie się ludźmi marnymi i całkowicie pozbawionymi kompetencji [vide Stasiak czy Waszczykowski], emocjonalne reagowanie na wszelką krytykę, lub opinie tylko odbiegające od obowiązujących w Pałacu Namiestnikowskim – to wszystko dyskwalifikuje tego człowieka do miana głowy państwa. To jest li jedynie polip na państwie.
Można by było to jakoś znosić, ignorować mnie lub bardziej skutecznie, gdyby nie fakt nieustannej wojny emocjonalnej toczonej tak z rządem, jak i ze znaczną częścią społeczeństwa oraz opinii publicznej. Teksty typu ”lobby prorosyjskie” pozbawiają Kaczyńskiego prawa do reprezentowania państwa i obywateli. Obrażanie się i podważanie kompetencji pracowników BOR-u poprzez komentarz o ”braku całkowitego zaufania” nie jest już nawet żałosne – to oficjalne opluwanie instytucji państwowych [ bo zawieszono za całkowitą niekompetencją totumfackiego pana Kaczyńskiego].
Ci bardziej zorientowani pamiętają doskonale żywiołową niechęć i nienawiść obu braci do Wachowskiego, skrzyżowania szarej eminencji w czasach Wałęsy z postacią szambelana i lokaja – tutaj jest to samo w wypadku Olszowca, z różnicą jednak ważną: historia powtórzyła się jako farsa.
Tedy odcinam sobie, ku zdrowotności i rozsądkowi, większość linków do wirtualnej realności tego kraju – choć robię to z trudem: nie mogę zrezygnować z myślenia o państwie jako obowiązku każdego, a zwłaszcza mnie samego.
Nie, nie z powodu pychy czy przekonania o własnych kompetencjach, lecz z pamięci nauk swoich profesorów na studiach. W ich wykładach państwo było obowiązkiem dla każdego, nie uciążliwym ciężarem, ale koniecznością funkcjonowania we wspólnocie jak najszerszej i jak najsprawniej działającej dla całości, nie dla partykularnych interesów.
Jeśli o tym zapominamy, to w konsekwencji budzimy się po pewnym czasie w przestrzeni zawłaszczonej przez jedną wizję, jedną opinię i jeden pogląd. Przestrzeni, gdzie odmienni mają dwa wyjścia: konformistyczne przystosowanie się wraz z milczącym przyzwoleniem na wszystko, lub emigrację w tereny obce.
W moim przypadku żadne z tych rozwiązań nie pasuje i nie istnieje w planie działania i życia.
Ale żeby nie oszaleć i nie zgubić się w zajmowaniu swej uwagi każdym gównem i każdym grymasem, muszę sam sobie nałożyć kaganiec, a jednocześnie zredukować siebie jako zwierzę medialno-konsumujące. Dla zdrowia.
Dlatego schodzę dosłownie do piwnicy, gdzie widoki i rzeczy są proste. Gdzie mogę spokojnie zająć się odnawianiem starych zegarowych skrzynek pana Beckera czy ludowych mebli. Gdzie działanie ma wymierny kształt i skutek.
I gdzie finalnie jest jedno z niewielu istnień, które nic nie chcą ode mnie poza spokojnym traktowaniem – kota sobie adoptowałem, piwnicznego włóczęgę. Co prawda jest to pani kotowa, więc nie mogłem się uwolnić od swoich ciągot ku płci pięknej ;D.
Jednakowoż jest tak brzydka, że aż ładna. Kły ma niczym tygrys szablastozębny: nie mieszczą się jej w pysku więc nieustannie ma niedomknięty ryjek, sprawiający wrażenie uśmiechu złośliwego. Nie miauczy nic a nic. Mruczy za to dwukrotnie głośniej niż przyjęta norma dźwięku emitowanego przez typowego kota domowego [ Felis dosmesticus ]. Całości pokracznego uroku dopełnia złamany i krzywo zrośnięty ogon.
Finiszując: w dupie mam na czas jakiś wszelkie klimaty kloaczne, nie wiadomo dlaczego w Polsce nazywane ”polityką”. Schodzę do podziemia, gdzie widoki mam przyjemniejsze dla moich krótkowzrocznych oczu: żywiczność deski meblowej, zapach odczynników i klejów oraz warkot kot spokojnie siedzącego na komodzie.
Zdrowszym widok kociego pyska z za długimi zębami niż widok pysków polskiego rynsztoka politycznego.
Zdrowia i kotów.

Reklamy