Złośliwy tekst o cudzym nieszczęściu

W dodatku cotygodniowym znanego polskiego dziennika znalazł się długi i duszoszczypatielnyj wywiad z artystą, tancerzem, pedałem, niepełnosprawnym – kolejność skalowana, bo tekst to i manifest ideolo. Chyba. Bynajmniej ja tak sobie to czytałem.

I krew mnie w pewnym momencie jasna zalała, kiedy czytam to:

„W słowie ‚niepełnosprawny’ masz ‚nie’ w odniesieniu do abstrakcyjnej ‚sprawności’. ‚Sprawny inaczej’ – to idiotym, bo niby co to znaczy. Jeszcze gorszy jest ‚inwalida’, czyli słaby, chory, a po angielsku nieważny, jak podrobiny podpis. Albo ‚kaleka’, słowo o pochodzeniu tureckim – ułomny, czegoś pozbawiony.”

W miejsce tych wszystkich „złych” określeń wstawia indagowany jakże zajebisty termin „alternatywna motoryka”.

Czyli jak ktoś sobie popieprza na wózku ewentualnie o kulach to widzimy w użyciu „alternatywną motorykę”.

Co to kurwa jest? Dada? Jakaś nowa fala surrealizmu językowego? Afirmacja językowa?

Och tak, za nic we mnie empatii, sympatii, zrozumienia itd. Prawdaż.

A więc tak sobie popatrzmy: średnio statystycznie tracę co roku ćwierć dioptrii w każdym oku [średnio, bo czasami jest to więcej]. Skutek jest prosty i oczywisty: widzę słabo, strach już jeździć po mroku, okulary gabarytowo zaczynają zbliżać mnie do A. Tysiąc.

Ach, i żeby – się nie leczy, taka degeneracja. Tutaj nic chirurgicznie, ni farmakologicznie.

Zaś przede mną jeszcze jakieś dwie-trzy dziesiątki do przeżycia. Jak pomnożymy nawet bardzo optymistycznie, to wyjdzie bardzo pesymistycznie.

Czyli co, skoro teraz widzę średnio dobrze to mam na to mówić „alternatywny wzrok”? A jak już będę popychał kijkiem białym to nadal będzie to „alternatywne widzenie”?

Kurwa mać, dajmy-że spokój z takim bełkotaniem bo to już jest żenujące. Fakt, sprawny inaczej to termin debilny niewymownie – ale przecież to właśnie skutek dzikiej poprawności językowej, co by nikogo nie zranić, godności mu nie odebrać. Reszta określeń jest prawdziwa, jakby przykro komu nie było.

I jak mi ktoś mówi że ślepnę to się nie obrażam, bo to tylko stwierdzenie oczywistości. I nie dorabiam do dupy kółek do śmigania, jeno z tym żyję.

Ba. Może moja gruboskórność jest nietypowa, i więcej znoszę niż inni. Ale chuj mnie strzela jak wszędzie wiszą takie potwory pojęciowo-lingwistyczne, jakieś gumowe lale polszczyzny, protezy [nomen omen] rzeczywistości.

Jak nie będziemy o tym mówić, to tego nie będzie. Prawdaż. Tyle, że większość z nas już wyrosła z przedszkolnych etapów.

No ja pierdolę serdecznie. Jak na sraczkę powiemy „dyspepsja przewodu pokarmowego” to nadal będziemy musieli siedzieć na kiblu.

Zabawy językiem polskim. To lepiej bawta się susiakamy czy czym tam.

Reklamy

Teologiczny wymyk bez trzymanki

Pisze Wierusz Kowalski tak:

według współczesnej doktryny katolicyzmu skuteczność sakramentów nie jest uzależniona od dyspozycji człowieka sprawującego dany obrzęd, ale od samego wykonania znaku sakramentalnego i wypowiedzenia ustalonej przez Kościół formuły (ex opere operato) [w: „Wczesne chrześcijaństwo I – X wiek”]

Oczywizda teologia katolicka robi stójkę na wątrobie, żeby nie wyśmiano całej koncepcji [patrzą ów link do wiki] – mimo wszystko brzmi to wątle, jak intelekt Dziwisza.

Czemu tak? Bo z automatu przypomniała mnie się [w trakcie czytania rzeczonego Wierusza Kowalskiego] dyskusja płomienna pod artykułem o niejakim księdzy Natanku czy Onanku, co to Dziwiszowi się nie kłania, bzdur piramidalne z ambony pogania, narodek katolicki kazaniami otumania, przez internety oszałamia – clou tej dyskusji brzmiało:

jak sakramenty sprawowane przez takiego kogoś mogą być ważne?

Oneż, te sakramenta, są WAŻNE I JUŻ – nawet jeśli ksiądz Natanek publicznie zrobi onanek podczas kazania.

I tak cała dyskusja na nic, drogie dzieci interneci.

Kościół z punktu widzenia logiki to takie coś jak żaglowa łódź podwodna – nie ma prawa istnieć i działać. A jest. I działa.

.

A teraz, z głębi czerni mej ateistycznej otchłani, podrzucam: