Jak zostałem „głupkiem z Kleparza”

To już Stasio Wilgotne Wargi potwierdził, więc przybite i zaklepane [nomen omen] – prezydenckie szczątki godnie pogrześć przyjdzie na Wawelu. Obok Józka P. i Władka S.

Zlewam ekstazę prawackich publicystów pokroju Skwiecińskiego, który w rozmowie w Tevałen to ociekał wprost radością na wieści takie – ostatecznie to PiSowi zawdzięczał stanowisko szefa PAPu przez 3 lata, a papu tam w portfel dawali smaczne. Zlewam pieprzenia hipokrytów dziennikarskich i politycznych oplatających głupoty jak Piekarski na mękach.

Ale sraczka nieprzytomna „szarego ludu” odsłania prawdziwe oblicze tego społeczeństwa oraz „prawdziwe zjednoczenie narodu w żałobie”.

Tu mam lapsa, tam radio brzdąka a obok wspomniany Tevałen, gdzie pan Przybylik z redaktorem Miecugowem ‚zabawiają’ widzów żałobnie. Po klipie o proteście zadzwonił był pan, mówiący jakąś dziwaczną polszczyzną, oznajmiający się „prawdziwym krakusem”, szczęśliwy i dumny, że aktualny prezydent jest grzebany na Wawelu, zaś te panie protestujące nazwał ”głupkami z Kleparza”, zapytując się przytomnie z jakiego otóż protestanci są „towarzystwa”.

Niezbyt chwytam idiom z tymi ‚głupkami z Kleparza’ ale jak mniemam ma to być obraźliwe, coś w rodzaju wsiowego przygłupa w brudnej sukmanie z długim gilem u nosa.

O to to, szanowny panie widz – pan żeś mnie wytłumaczył, skąd moja niepewność czy dobrze i prawidłowo przeżywam dramat smoleński.

Już wiem, że źle przeżywam, żem niegodzien miana prawdziwego Polaka, brak we mnie patriotyzmu i szacunku dla majestatu śmierci oraz trzysta sześćdziesiąt osiem innych rzeczowników wartościujących.

Ale dzięki temu awansowałem meldunkowo – z pustaci dziczy wschodniej, z błot i oparzelisk przeniesiono mnie magicznym zdaniem na krakowski Kleparz. To nic, żem nadal cham i prostak oraz ‚gupek’ – ale z Krakowa! Krakowie, przybywam.

A teraz Państwa przeproszę, i wycierając gile rękawem brudnej sukmany oddalę się na swoje gumno.

………………………….

Pieprzą pełni hipokryzji i fałszu dziennikarze, publicyści oraz politycy, że to musi być dla nas przestroga, nauka, testament, że naród się zjednoczył w żałobie, że wszyscy opłakujemy.

Już rzygam tym waszym kirowym, funeralnym uniesieniem, tym skowytem na pograniczy histerii, ową licytacją kto bardziej cierpi i kto stratę mocniej odczuwa, tym obłudnym udawaniem że „wszyscy-śmy z niego”.

A jednocześnie się utwierdzam w kilku przekonaniach, które odżywiam i pielęgnuję od lat co najmniej 10.

Nie ma czegoś takiego jak zjednoczenie tego społeczeństwa wokół pewnych wspólnych spraw, idei, ludzi – jest warcząca wola kreślenia linii podziału, dziki bieg do swoich połówek boisk, i głupawe wsłuchiwanie się w podpowiedzi niespełnionych demagogów, demiurgów gminno-pszenicznych, kieszonkowych firerków wraz z całym dworem nadwornych pismaków, gotowych na pragnienie mikrowładcy stworzyć kompletną koncepcję ideolo społeczeństwa i państwa w kwadrans.

Jest wściekła rozkosz dzielenia na „godnych” i „niegodnych”, „prawdziwych” i „fałszywych”, „patriotów” i „zdrajców” – a granice oraz warunki definicji podajemy MY, nie ONI.

Sekciarska skłonność do ekskluzywizmu, fanatyczna zapiekłość w podziałach sprzed 20 czy 30 lat, mitomania podniesiona do rangi cnoty, robespierowska zdolność do zabicia w sobie empatii na widok INNEGO, nawet jeśli inność sprowadza się do posiadania innej legitymacji partyjnej czy tylko postawy politycznej.

I hipokryzja będąca cnotą podniesioną do potęgi trzeciej. I bezczelność jako narzędzie do uzyskiwania wszystkiego czego zapragnie zachłanny wzrok.

Siedzi to wszędzie, po każdej stronie wszystkich możliwych barykad, ale to po tej najbardziej zmiażdżonej po katastrofie jest tego kału najwięcej, tego potwornego przekonania że „moja racja jest najmojsza”, bez patrzenia na innych, choćby nieważnych ale z odmiennym poglądem – oni mierzwą są, bo nieważni są.

Były sfery w przestrzeniach mitologicznych, gdzie próbowano sięgać polityką i jęzorem plugawym lecz mimo wszystko sfery te pozostawały wolne od prostych, prostackich przypisań „nasze-wasze”, „dobre-złe”.

Trzeba było śmierci takiej, żeby i tam wejść, rozsiąść się i powiedzieć „nasze”.

Bo niby mam uwierzyć w mityczną ‚decyzję’ rodziny o wyborze pochówku? Że ta biedna, strzaskana kobieta, razem ze stryjem, babcią i resztą klanu wybrała Wawel? Czy może widać tutaj stryjowe postrzeganie Polski, korzyści, gry [ostatecznie wszystko jest grą, nei?]?

Plwam?

A kurwa, pewnie że plwam – bo nim słonko wzeszło to rosa oczy wyjadła. Tacy ja jak a priori nie mają racji, bo mają zdanie odmienne, bo ośmielają się je wyartykułować wprost, nie mydląc sobie i innym oczu żałobą czy wydumanymi zasługami.

Bo nawet nie wiedząc, staliśmy się zakładnikami waszej polityki historycznej. I jej ulubionej odmiany: trumiennej polityki historycznej.

Reklamy

Komercyjnie naładowany fanatyzm

Z dzikim uporem „walczę”  z wpisem [‚blognotką’ phyy] Orlińskiego z wczoraj o chujowiźnie decków i lapsów opartych o linuchy i windozę oraz o wspaniałości makówek i softu speszalkriejted pod ten typ. Sam wpis orliński klasycznie, nica mnie nie dziwi nadmiernie, natomiast dyskusja jest już z deka męcząca. Przypomina przepychanki polityczne w tym jęczącym kraiku.

Z dupy zdaje mnie się ten spór/konflikt makowców z resztą świata, będący równie zdupnym jak nieustanny napierdolnik pomiędzy linuchami a windozowcami. Wszystkie strony gotują własne jądra we wrzątku, byle tylko bronić honoru własnej marki/softu.

Irytująca u Orlińskiego jest maniera pisania w stylu wyższości konsumenckiej „wy tam na pecezetach to jesteście w krzemieniu pasiastym bo nasze Jabłko to robi wszystko i jeszcze więcej, a dodatkowo my nie musimy się męczyć pojmowaniem”. Że niby nica mnie nie interesuje, co mam pod maską, bo to ma mnie samo grać i buczeć jak należy. Apple uber alles.

Okiej, mnie tam wsio rawno, jak śpiewał jeden zając z Moskwy. Ale ciężko jest słuchać/czytać popierdółek w stylu ”na makówkach to problem wirów nie istnieje, a pecetowe antywiry jebią po systemie że ledwo sapie, linuchy zaś to w ogóle zdupiste są bo trzeba wszystko ręcznie itd. i jeszcze jakieś sztuki z aptgetowaniem, kernelowaniem i ple ple nic nie chce działać” albowiem ”apple pstryk i myk”.

Ponownie okiej, tylko że ja nie za bardzo chwytam przekaz. Bo nie pojmuję wyższości owych makówkowych wianków nad zębatkami windozy czy trybikami linuchów.

Osobiście lubię wiedzieć, co „mam pod maską”, więc nie jest mi obojętne co korpora zapodała mi z pełnym instalem systemu. Wszelkie windozowe pseudozabezpieczenia wywaliłem, łącznie z mitycznym murem. Zainstalowałem namiastowo darmowego [o matko! apple tego nie robi! nic za darmo] antyvira na decku i na lapsie = i jak rany, przez ostatnie 4 lata miałem DWA alerty o wirusie, i jedną próbę instalacji. Muszę zaś przyznać się bez bicia, że odwiedzam w sieci takie norki, gdzie łatwo o syfa, i łatwo go przywlec do domu – a jednak zdrowym do dziś.

Z linuchem było troszki inaczej, bo przed romansem uważałem całą sprawę za magicznie bleblanie dla maniaków programowania, pryszczatych spasieńców 😉 Dałem się jednkowoż namówić na romans z linuchem i jest gites, tak jak było gites. Jedyny ból jaki miałem to krzaki z siecią, bo Ubuntu nie widziało po ludzku mojej neostrady via modem USB… co w sumie nie dziwi, bo to kurwa technologicznie jest archaik już dziś, ale to tepsa rozdaje karty w regionie i nica na to nie poradzę. Więc z linuchem i neo musiałem powalczyć, i działało choć ze zgrzytaniem. Dopiero jak wyjebałem cały ten usbowy szit i postawiłem sobie wdzięczny ruterek – ubuntu po odpaleniu nawet mnie nie informuje że jestem podpięty do sieci.On się podpina i już.

To samo robi vistowo opleciony hapek, odpalany co ranka – znów windoza działa, sama się łączy, widzi i wifi,  i bth, a jakbym miał dziki kaprys to jeszcze nawet  mam 4 wolne porty usb. I zrobili to na lapsie opartym pod windę – niewiarygodne.

Co mnie się apdejtuje to tylko za moją zgodą, pasma je tyle co sikorka. Fakt, jak podnosiłem jajco na Matce do ostatniej wersji Ubu to pasmo troszkę zdyszane było. Ale to wszystko z mego lenistwa bo nie chciało mnie się płytki zamawiać. Wiem, wiem w makówkach ten problem nie istnieje.

Co by było jasne – na windozach i linuchach znam się szczątkowo, to bardziej na zasadzie dłubania z ciekawości wrodzonej doszedłem do wniosku że windoza i uboza pasują mnie idealnie, nie szkodzą, nie gryzą itd.

Fakt, znajdzie się człowiek, który wskaże na mnie palcem i powiem ‚bad puppy, liar’ – rzeczywiście kląłem kiedyś swojego xp-eka za zwieszki i inne zmuły. Z własnej winy: należało wypierdolić poinstalowane przez lata nakładki i dodatki, więcej problemów nie było. Ach, no i regularnie czyścić wszystkie dyski ze złogów.

Wiem, wiem w makach tych problemów nie ma nic a nic. Tam pewnie nawet dysku twardego nie trzeba sobie sprzątać, bo makówa sama po sobie sprząta.

Miałem itjunsa do grania muzy głównie. I stwierdzam śmiało – to kaszanka jezd. Straszny wodotrysk, który żarł mi pamięć jak żaden inny program. I oczywiście kąsał się z innymi równolegle pracującymi aplikacjami. Wiem, wiem = to dlatego, że nie miałem orginalnego makowca, wtedy by cacy było.  To ja wolę fjubarkiem sobie pograć – mało waży i jest spokojnie zrobiony.

Sumując to wypominki – teksty o makowcach w wykonaniu Orlińskiego przypominają mi fanatyzm konsumencki: „tak bardzo kocham swoją markę, że wszystko co robią jest przefajne a ci, co nie mają gówno się znają”. Taki mały snobiźmik: a wy paździochy i kiepskie, co nie zarabiacie tyle kilo co ja, i nie kupujecie od apla to właśnie paździochy jesteście z dziwnymi upodobaniami i problemami będącymi konsekwencją waszych wyborów konsumenckich, wy biedota wy.

Ciekawe.

Decka Matkę mam składaka, lapsa HPka, dysk przenośny Seagate’a, mp3plejera jakiegoś nołnejma za śmieszne grosze. I wszystko mi jakoś działa, za bardzo w dupę nie kopie [ba! nawet już zapomniałem jak kopało], i żadne nie jest wycacusiane-milusie z miłości do superkorpory co robi wszystko pod swoich juzerów-klientów. Kupiłem bo mnie to potrzebne jest do pracy i/lub rozrywki. I jest estetyczne wizualnie, tak hardłerowe kształy jak sofłerowe  formy, zwłaszcza ostatnie Ubu. To co ja mam jeszcze chcieć?

Ach, no i jak wzrośnie mnie IQ to może nawet sam sobie coś pod swoje ubu napiszę, jakiści fajny program splątany – i nie będę czekał aż akurat dezajnerzy i menadżery od korporacyjnej mamusi uznają że juzerowi się to przyda? No ale to nie będzie makowiec.

Nie lubię kilku rzeczy : ciepłej wódki, basujących beemek z przyciemnionymi szybami, yorków i fanatyków. Ideologicznych, religijnych i konsumenckich.

Jednak jako paździoch z prowincji, nie czeszący tyle kilo co pan redaktor jestem poza nurtem rozważań i uważań, bo marny ze mnie kultysta konsumencki. Co w konsekwencji efektuje zlewnym sikiem pana redaktora w moim kierunku.

Chyba popadnę w smutek czy co? Bo mam windę, lubię linucha i nie używam ajfona oraz itjunsów.