Mlha czyli życie całkiem w niebycie

Kto czytał Orwella „1984” pamięta słynne tezy o kontroli pamięci społeczeństwa, a więc i kontroli NAD społeczeństwem : „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość”. Zdolność do manipulowania ludzką percepcją przeszłości i teraźniejszości to najwyższy poziom wtajemniczenia politycznego i dziennikarskiego – umiejętność przekonania innych do naszej wersji wydarzeń, nawet najbardziej karkołomnej, to talent wielki choć często profanowany w polskich realiach.

Można czynić to dwojako: zgodnie z założeniami fikcji książkowej poprzez totalną kontrolę nad przepływem i istnieniem materialnych form  informacji [szczęśliwie dla nas to pozostaje fikcją] albo poprzez uporczywe, namolne powtarzanie własnej wersji wydarzeń, rozgłaszanie jej w każdy możliwy sposób oraz w każdym możliwym kontekście. Sprowadzając całość do mantrowanego quasi-bełkotu, propagandy nachalnie obskurnej.

Często wpisuje się to w „walkę” koncepcji politycznych, filozoficzno-socjologicznych i ustrojowych, trawiących infosferę oraz środowisko decydentów i kreatorów opinii. Wtedy wspomniany upór jest wart starań, bo im głośniej będzie o naszej wersji wydarzeń, tym bardziej stanie się ona dominująca, obowiązująca i kanoniczna.

To trywializm, co powyżej napisałem. Konstatacja godna przeciętnego licealisty, żyjącego dalej niż koniec własnego nosa/penisa/decka.

Istotniejsze jest coś innego – jak bardzo taki proceder ogarnia naszą rzeczywistość, jak mocno odciska się na tzw. potocznej wiedzy, jakie echo ma w świadomości mas [Państwo wybaczą leninizmy]? I jak skutki tego wpływu będą kształtowały przyszłość nie tylko tej czy innej partii politycznej, środowiska dziennikarskiego ale całości: państwa i społeczeństwa? I kiedy ten wybór będzie dawał realne szanse na „lepszą przyszłość” a kiedy wpieprzy nas w taplanie się w bajorze mitycznych obsesji i paranoicznych konstruktów, grzebiąc kolejne lata w błotku?

W Polsce minionych 5-6 lat proces ten nabrał przyspieszenia, mechanizm kreowania przeszłości stał się ulubionych fetyszem dziennikarzy, pismaków, historyków, historyków-najemników i zwyczajnych mend.

Wojna pomiędzy koncepcjami III a IV RP dodała paliwa do całego silniczka. Choć wszyscy bardziej krytyczni wiedzą doskonale, że nie istniał projekt polityczny pod nazwą „III RP”, tak jak nie istniał projekt „IV RP”. Wszelkie enuncjacje publiczne Rokity, szumne zapowiedzi PiS-u,  sążniste elaboraty polskich neokonów sprowadzały się tak naprawdę do jednego mianownika: „jak zdobyć władzę totalnie”? Tak, żeby po jej uchwyceniu przeorać świadomość społeczną, zdekonstruować obecny model i wymurować nowy konstrukt pod nazwą „lepsza Polska”?

Strona jakoby broniąca przeszłości – czyli wszyscy faktyczni i teoretyczni obrońcy pomysłu na Polskę, prezentowanego przez centrolewe skrzydło OKP-u – jakoś tak marnie prezentowali argumenty za pozostawaniem w tym starym mundurku. Dobrze wiedzieli, że pije pod pachami, ma dziury na łokciach a i kolor już jakoś spłowiał. Sami pomrukiwali o konieczności zmiany fasonu – tylko że zgodnie z starym zwyczajem środowisk po nieboszczce Unii Demokratycznej wolno zabierali się do problemu.

No i finalnie dali się zakrzyczeć, zepchnąć na stracone pozycje miłośników ubecji, kapusiów, wrogów „polskości” itp.

Prym od kilku lat wiodą heroldowie odnowy moralnej, przeciwnicy zgniłych kompromisów, werbalni konstruktorzy nowej, lepszej Polski. Piewcy nowej konserwatywnie malowanej rewolucji, która ma dać Polsce szansę na skok cywilizacyjny, należne miejsce w Europie i na świecie, a Polakom lepszą przyszłość i dumę z bycia człowiekiem z polskim obywatelstwem.

Interludium już było – 2 lata Jarka z kolegami. No nie wyszło, ale jak mówi mądrość ludowa „pierwsze koty za płoty” [co na to rzeczone koty?]. Potem przyszedł zły Tusek i zabrał zabawki chłopcom, goniąc z głównej piaskownicy. Ale piewcy pozostali, choć co raz mniejsze przyczółki dzierżą, co raz krótszy ten front.

Co w sposób naturalny doprowadza do oczywistej sytuacji: popadania w śmieszność i żałość. W opisach, konstatacjach, wizjach kreowanych. Kiedy działanie nie wychodzi pozostaje tylko wrzask – najczęściej na poziomie przedszkolnych rywalizacji.

W piątkowej „Rzeczpospolitej” do podobnego punktu dotarł redaktor Semka w swoim artykule poświęconym zdarzeniom 4 czerwca 1989 roku. Całość nie jest pozbawiona ciekawych obserwacji, trafnych i celnych uwag, interesujących zwłaszcza z punktu postrzegania historycznych zmian. Ale zawsze musi istnieć jakieś „ale” – przypadłość chyba praktycznie wszystkich politycznych komentatorów Rzepy: należy wsadzić obowiązkową wisienkę w tort, tak zgniłą i robaczywą że płakać się chce. Wisienkę pieprzącą cały smak tego tortu.

Już przywykłem do niemal rytualnych oskarżeń Michnika o wszelkie błędy i wypaczenia ostatnich 20 czy 30-stu lat. Czasem nawet strach rano podnieść deskę sedesową, bo a nuż Michnik siedzi w moim sedesie i knuje?

Wisienką pana Semki jest takie oto sformułowanie: „Ta w dużej mierze fałszywa wizja harmonijnego rozwoju III Rzeczypospolitej – bo pomijająca choćby wybielanie postkomunistów czy brutalną laicyzację lat 90. – bierze za swój początek dzień 4 czerwca” [pogrubienie moje].

Tedy przyjrzyjmy się tej strasznej dekadzie.

Wprowadzono religię do szkół, wpasowując ją do planów zajęć. Cichcem i pod strasznym strachem. Księża, zakonnice i zakonnicy oraz katecheci obojga płci zaganiani byli pod groźbą bata do szkół. Władze oświatowe broniły się jak umiały, przeszkadzając w tym zbrodniczym czynie.  Michnik pod pistoletem zmusza ministra edukacji do tego kroku.

W 1993 r. uchwalona zostaje ustawa o przerywaniu ciąży – kościół jest wbrew jej zapisom, agitując za bardziej liberalnymi rozwiązaniami. Publiczna nagonka na zwoleników przerywania ciąży, iż mało odważnie prezentują swoje stanowisko. Michnik pisze tekst ustawy.

W tym samym roku rząd podpisuje konkordat z Watykanem – grożąc inwazją dywizji spadochroniarzy na Stolicę Apostolską [nic, że ma to miejsce dwa miesiące po wotum nieufności dla rządu Suchockiej i po ogłoszeniu terminu wyborów parlamentarnych – kuriozum na skalę europejską]. Michnik osobiście przypiera do muru urzędników watykańskich, zmuszając do rozwiązania problemu.

W tejże dekadzie niejaki ojciec Tadeusz Rydzyk kupuje gazetę, płacąc forsą przywiezioną w reklamówkach – urząd skarbowy ślepnie. To w gabinecie Michnika doszło do zawarcia tej haniebnej umowy.

W tej samej dziesięciolatce ten sam zakonnik zbiera publicznie pieniądze na ratowanie Stoczni – bez zezwoleń i kontroli. Zapewne miał zamiar budować nową arkę, na którą zaokrętowani mieli być jego akolici i słuchacze na wypadek potopu z eurolibertyńskiego kołchozu. Widziano, jak w drukarni Agory Michnik na starym powielaczu drukował blankiety wpłat i cegiełki.

We wszystkich możliwych instytucjach publicznych obok godła, a także nad nim, pojawiają się krzyże. Michnik jeździ po kraju z młotkiem i kieszeniami pełnymi gwoździ.

Wszystkie możliwe służby mundurowe – od wojska po strażaków, leśników i strażników miejskich otrzymują własnych kapelanów wszystkich możliwych szczebli, z odpowiednią infrastrukturą i uposażeniami. Michnik osobiście dokonuje wprowadzanie duchownych do wszystkich możliwych jednostek.

W ciągu 10 lat odbywają się 4 pielgrzymki papieskie do Polski, z czego jedna dwuetapowa. Naród z płaczem i oporem bierze udział w mszach, manifestacjach itd. Michnik osobiście wiąże papieża i obwozi go po kraju, wpakowanego w papamobile. Pomagają mu m.in. ludzie Millera i Kwaśniewskiego.

Powstaje KRRiT, a w ustawie zapis o wartościach chrześcijańskich. Michnik, rzecz jasna pisze tekst ustawy, i to z jego polecenia niejaki Bender, znany libertyn i hulaka przewodzi tej instytucji.

Przy wszystkich możliwych okazjach: świąt państwowych, nowych inwestycji, obchodów rocznicowych odbywają się msze z udziałem urzędników wszelkich możliwych szczebli, pokropki inwestycyjne wilgocią pokrywają budynki, drogi itd., urzędnicy z obrzydzeniem całują pierścienie biskupów. Michnik układał listy proskrypcyjne, a niepokornych straszył wywożeniem za Ural.

Działa Komisja Majątkowa, zwracająca kościołom, zwłaszcza rzymskiemu, zagrabione dobra nieruchome i ruchome – tak z przestrzeni ostatnich 200 lat, łącznie z tymi skasowanymi przez Prusaków i Austriaków. Michnik w pikelhaubie biega na sali posiedzeń komisji, podtykając nowe dokumenty.

I tak przez następne kilkanaście akapitów mogę opisywać mroczne lata ’90-te, kiedy brutalna laicyzacja niszczyła naszą religijność, kościół i ludzi wierzących, rugując ich ze wszystkich możliwych obszarów życia publicznego.

Ale nie mam siły pisać, a Państwo pewnie nie macie już siły czytać.

Tego wszystkiego, co można nazwać brutalną laicyzacją życia – nie pamiętam. Aż tak bardzo byłem zamulony licealnymi zmaganiami, studiami, imprezami i pracą, że nie zarejestrowałem tego wszystkiego. I byłbym niezmiernie wdzięczny panu Semce albo jego miłośnikom o wskazanie jednym, konkretnym przykładem przejawów tego procesu laicyzacji. Bo jeśli było to tylko takie ot sobie pisanie, to argument ten jest niczym innym jak gołosłownym kłamstwem.

Pełna mgła mnie otoczyła wtedy. Czyli po czesku „mlha”. Jak ktoś lubi dobrą muzykę to niechaj wrzuci sobie Uź Jsme Doma i ich kawałek „Mlha” – polecam sobie przetłumaczyć tekst.

Zwłaszcza panu Semce polecam. I przekwalifikowanie się na bajarza.

A ja idę szukać tamtej dekady. Bo gdzieś ją zapomniałem i zgubiłem, kurwa nać.

Dobranoc

Reklamy

widoki z piwnicy przyjemniejszymi

Tylko masochiści i plotkarze mogliby odczuwać radość z komentowania wydarzeń krajowych i zagranicznych.
Powody takiej oceny są proste jak konstrukcja cepa: zjawiska zagraniczne są za daleko, by wpływać [pomijam sławetny ”kryzys”, który jest niczym innym jak ratowaniem własnej dupy za cudze pieniądze] na nasz kraik. Zaś krajowych komentowanie nie ma większego sensu i celu. Czemuż ach czemuż?
Ano temuż, iż każdorazowa analiza czy polityczna czy socjologiczno-politologiczna czy prawna, jest poruszaniem się po zeszłorocznym lodzie.
Dowody? Wizyta ”Woca” Lecha „A brata można?” Kaczyńskiego w województwie gruzińskim: mija niemalże tydzień a wersji wydarzeń jest więcej niż mniej, choć zasada myślenia redukcyjnego pozwalałaby osiągnąć poziom 2, maksymalnie 3 wersji.
Natomiast każdorazowe chrząknięcie w jakimkolwiek kontekście wywołuje lawinę następnych wystąpień, przemówień, zachowań. Nic w ich zaistnieniu nie byłoby dziwnego, gdyby nie skala tych zachowań, ich rozmiary emocjonalne i słowne obudowanie.
Truizmem jest powtarzanie iż ”miszczem” takich numerów jest człowiek piastujący stanowisko prezydenta.
Tak, dla mnie jest to „człowiek piastujący stanowisko prezydenta”, nie jest natomiast godny miana Prezydenta RP. Całe jego zachowanie dotychczasowe to jakaś pokraczna i zmutowana wersja starego powiedzenia ”państwo to ja”. Te nieustające próby konstruowania swoistego ”rządu na wychodźstwie”, otaczanie się ludźmi marnymi i całkowicie pozbawionymi kompetencji [vide Stasiak czy Waszczykowski], emocjonalne reagowanie na wszelką krytykę, lub opinie tylko odbiegające od obowiązujących w Pałacu Namiestnikowskim – to wszystko dyskwalifikuje tego człowieka do miana głowy państwa. To jest li jedynie polip na państwie.
Można by było to jakoś znosić, ignorować mnie lub bardziej skutecznie, gdyby nie fakt nieustannej wojny emocjonalnej toczonej tak z rządem, jak i ze znaczną częścią społeczeństwa oraz opinii publicznej. Teksty typu ”lobby prorosyjskie” pozbawiają Kaczyńskiego prawa do reprezentowania państwa i obywateli. Obrażanie się i podważanie kompetencji pracowników BOR-u poprzez komentarz o ”braku całkowitego zaufania” nie jest już nawet żałosne – to oficjalne opluwanie instytucji państwowych [ bo zawieszono za całkowitą niekompetencją totumfackiego pana Kaczyńskiego].
Ci bardziej zorientowani pamiętają doskonale żywiołową niechęć i nienawiść obu braci do Wachowskiego, skrzyżowania szarej eminencji w czasach Wałęsy z postacią szambelana i lokaja – tutaj jest to samo w wypadku Olszowca, z różnicą jednak ważną: historia powtórzyła się jako farsa.
Tedy odcinam sobie, ku zdrowotności i rozsądkowi, większość linków do wirtualnej realności tego kraju – choć robię to z trudem: nie mogę zrezygnować z myślenia o państwie jako obowiązku każdego, a zwłaszcza mnie samego.
Nie, nie z powodu pychy czy przekonania o własnych kompetencjach, lecz z pamięci nauk swoich profesorów na studiach. W ich wykładach państwo było obowiązkiem dla każdego, nie uciążliwym ciężarem, ale koniecznością funkcjonowania we wspólnocie jak najszerszej i jak najsprawniej działającej dla całości, nie dla partykularnych interesów.
Jeśli o tym zapominamy, to w konsekwencji budzimy się po pewnym czasie w przestrzeni zawłaszczonej przez jedną wizję, jedną opinię i jeden pogląd. Przestrzeni, gdzie odmienni mają dwa wyjścia: konformistyczne przystosowanie się wraz z milczącym przyzwoleniem na wszystko, lub emigrację w tereny obce.
W moim przypadku żadne z tych rozwiązań nie pasuje i nie istnieje w planie działania i życia.
Ale żeby nie oszaleć i nie zgubić się w zajmowaniu swej uwagi każdym gównem i każdym grymasem, muszę sam sobie nałożyć kaganiec, a jednocześnie zredukować siebie jako zwierzę medialno-konsumujące. Dla zdrowia.
Dlatego schodzę dosłownie do piwnicy, gdzie widoki i rzeczy są proste. Gdzie mogę spokojnie zająć się odnawianiem starych zegarowych skrzynek pana Beckera czy ludowych mebli. Gdzie działanie ma wymierny kształt i skutek.
I gdzie finalnie jest jedno z niewielu istnień, które nic nie chcą ode mnie poza spokojnym traktowaniem – kota sobie adoptowałem, piwnicznego włóczęgę. Co prawda jest to pani kotowa, więc nie mogłem się uwolnić od swoich ciągot ku płci pięknej ;D.
Jednakowoż jest tak brzydka, że aż ładna. Kły ma niczym tygrys szablastozębny: nie mieszczą się jej w pysku więc nieustannie ma niedomknięty ryjek, sprawiający wrażenie uśmiechu złośliwego. Nie miauczy nic a nic. Mruczy za to dwukrotnie głośniej niż przyjęta norma dźwięku emitowanego przez typowego kota domowego [ Felis dosmesticus ]. Całości pokracznego uroku dopełnia złamany i krzywo zrośnięty ogon.
Finiszując: w dupie mam na czas jakiś wszelkie klimaty kloaczne, nie wiadomo dlaczego w Polsce nazywane ”polityką”. Schodzę do podziemia, gdzie widoki mam przyjemniejsze dla moich krótkowzrocznych oczu: żywiczność deski meblowej, zapach odczynników i klejów oraz warkot kot spokojnie siedzącego na komodzie.
Zdrowszym widok kociego pyska z za długimi zębami niż widok pysków polskiego rynsztoka politycznego.
Zdrowia i kotów.