3 [ z matołem]… czyli obcujcie z kulturą

Mieszkam stadnie. Stado mnie otacza z góry, z dołu, i po bokach mam stado. Mieszkanie stadne powoduje, że słuch człowieka staje  się selektywny, tj. ignoruje dźwięki regularne, częste i monotonne, ułatwiając pracę mózgu nad pozostałymi bodźcami.

Oczywiście nie umykało mej uwadze poligonowanie, czyli napierdalanie przez pijanego sąsiada całej rodziny indywidualnie i zbiorowo [wystarczyło mruknąć ‚manewry Obronna Tarcza ’94’ i każdy chwytał w lot aluzję] czy też ekstatyczny letni seks młodych sąsiadów przy otwartym na oścież oknie. Ot, uroki stada. Kopulacja i agresja w jednym stoją domu – czyli tak od miliona lat? Chyba.

Niestety stadne funkcjonowanie ma też kilka wad, z których jedna przyprawia mnie o pianotok i skowyt: dudnienie. Typowe zjawisko kulturowe dla młodych samców naszego gatunku, żyjących stadnie. Dudnieniem zaznaczają zapewne swoje terytorium, sygnalizują czujność i gotowość do rywalizacji. To coś z gatunku sonicznych atrybutów płci, tak jak szrotowy dojczowski samochód marki audi albo innego bmw or ludowegowagona. Jak żel na włosach. Jak mentalność lawdżoja z poziomem intelektualnym krewetki ale obsesją penisa. Itd.

Dziś nastał mnie dzień intensywnej pracy intelektualnej przy decku, więc cisza czy też brak hałasu są wskazane. Oczywiście będąc z sortu tych, co wypierdolą się trzy razy na prostej drodze – i tym razem nie dane mi było. Samiec, jak dotąd niezidentyfikowany personalnie, dudnić zaczął tak jakieś 30 minut temu. Zmienił pieprzony zwyczaj, bo dotychczas dudnił tak między 19 a 24. Z pracy zwolnili? Zmianę zmienili na wieczorno-nocną? Chyba.

Wiem, można słuchawki założyć, tzn. ja sobie mogę słuchawki założyć. Jasne. A kurwa w czym niby słucham muzyki od kilku dni? W garnku do gotowania pasty? Ale jak rany – ja bym chciał posłuchać muzyki a nie ogłuchnąć mając słuchawki na uszach. Spróbujcie słuchać takiego na przykład Haydna, kiedy przez oboje czy skrzypce dobiega do Was rytmiczne ‚łup-jeb-łup-jeb’. Polecam. Haydn na podkładzie basowym z jakieś zapierdolistej muzyki dla rozwielitek homo sapiens.

Zawsze zadziwiało mnie, jak można słuchać czegoś takiego, i nazywać to jeszcze „muzyką”. To jakiś straszny oksymoron jest, a nie muzyka. Oczywiście, spotkałem się z teorią, że takie rytmiczne jebanie po trąbce Eustachiusza basem w określonej oscylacji odwołuje się do trybalnych rudymentariów tkwiących w pamięci kulturowo-genetycznej każdego z nas. Ciekawa teoria, lecz całkiem do dupy – może dlatego, że spłodzona przy piwie.

Płaczą rozmaici komentatorzy, redaktorzy, dziennikarze, że naród chamieje, kulturowo się degeneruje, książek nie czyta, do opery czy teatra nie chodzi, płyty kradnie i ogólnie syf, malaria oraz zapalenie opłucnej. Tak, kurwa wasza w tę i z powrotem? To może popatrzcie na codzienną dawkę muzyki w „Telexpresie” w wykonaniu Marka „El Czopo” Sierockiego, który w ramach obcowania z kulturą [popularną bo popularną, ale kulturą] serwuje właśnie takie napierdalanie basem i skowyt panienek z wydepilowanym kroczem na wierzchu. Kultura. Muzyka.

Wszystko w ramach misji telewizji państwowej. Prawdaż?

Kiedyś dawno temu byłem wielkim zwolennikiem egalitarystycznych możliwości państwa jako struktury społecznej. Już nie jestem. Bo polskie państwo poprzez państwowe instrumenta dawno przestało dążyć do transmisji ambitniejszych memów w dół drabiny społecznej – to raz.

Dwa – straciłem przekonanie w tzw. lud. On nie ma chęci, jemu musi być ciepło w zad, pełno w brzuchu i od czasu do czasu dobrze, żeby mógł pokopulować oraz pooddawać cześć jakiejś istocie zdeifikowanej. Lud en masse jest straszny, bo „jemu się nie chce”. A czytanie książek, gazet wyższych levelem niż „Fuckt”, czy słuchanie czegoś innego niż „łup-jeb” jest obciachowe, nudne itd.

Drobna uwaga, żebym nie wyszedł na kabotyna: to nie jest tak, iż codziennie oddaję się orgiom estetycznym słuchając Monteverdiego z Proustem w ręku, obleczony w tużurek. Nie. Dziś mam ochotę poudawać intelektualistę kulturalnego i posłucham jakiści pieśnie ze średniowiecza a jutro miast tego włączę sobie Shai Huluda i dam po uszach. Sobie dam po uszach. Bowiem nie żywię przekonania iż należy ‚podzielić się’ z sąsiadami i otoczeniem swoją radością ze słuchania na ful straightedge’owego hardcore’u czy napierdalaczy z Norwegii śpiewających o swojej miłości do Rogatego. Tak jak ja nie czerpię radości z bycia na odsłuchu najebki basowej.

Ludzie – kurwa, litości. Nikt z nas nie żyje w puszczy [no chyba że jest gajowym Maruchą. Tym gajowym Maruchą (nie mylić z pojebem z blogów) ]. Odrobina wyobraźni w zupełności wystarczy.

Zaś co do argumentu o tolerancji potencjalnie obustronnej – moja się skończyła w chwili, kiedy nie mogłem sobie posłuchać na słuchawkach Savalla, bo matoł otworzył głośnik basowy. I tutaj dziękuję ustawodawcy, że nie uprościł dostępu do broni – bo w innym wypadku sięgnął bym do odmiennych trybalnych rudymentariów ewolucyjnych i poszedł bym rozpierdolić głowę miłośnika bassu przy użyciu Mossberga. Razem z basem.

A na puentę kawałek tego, czego nie mogłem odsłuchać:

…..

I po moim skupieniu. Oddaliło się w siną dal w rytm „łup-jeb-łup-jeb”.

Reklamy